Astrolog
Rozmowa z astrologiem, Piotrem Piotrowskim.
JMS: Antyczny pisarz, Diogenes Laertios (Żywoty i poglądy słynnych filozofów, ksiąg X, I 34) przekazał następującą informację o pierwszym filozofie, Talesie z Miletu: ‘Opowiadają także, że kiedy prowadzony przez starą służącą wyszedł z domu, aby obserwować gwiazdy, wpadł do dołu i uskarżał się na to, staruszka odparła: Ty Talesie, nie mogąc dostrzec tego, co jest pod nogami, chciałbyś poznać to, co jest na niebie!’
Czy sądzisz, że zainteresowanie filozofa gwiazdami jest przypadkowe? Ty sam jesteś doktorem filozofii i parasz się astrologią.
PP: Zainteresowanie filozofa gwiazdami bynajmniej nie jest przypadkowe. Zresztą trzeba podkreślić, że doktryny astrologiczne są bardzo dobrze umocowane w filozofii, przede wszystkim w pitagoreizmie, platonizmie i stoicyzmie. Pitagorejczycy rozprawiali o niebiańskiej harmonii sfer, Platon w Timajosie pisał wprost, że ruchy planety „zsyłają objawy i oznaki tego, co się ma stać potem”. Z kolei stoicka koncepcja sympatii mówiąca o tym, że wszystko w kosmosie pozostaje ze sobą we wzajemnym związku, stała się nieomal filozoficznym zapleczem astrologii postulującej przecież nic innego, jak właśnie jedność świata. Na przykład stoik Posejdoniusz (I w. n.e.), który był gorącym zwolennikiem astrologii, twierdził, że kontemplacja rozgwieżdżonego nieba pozwala człowiekowi wznieść się w wyższe rejony Wszechświata. Być może przeczuwał to już Tales z Miletu, który nie tylko lubił obserwować gwiazdy, lecz także przewidział zaćmienie Słońca, co miało kapitalne konsekwencje polityczno-militarne.
Zauważ, że astrologia ufundowana jest na wielu antycznych ideach, takich jak arché, mit wiecznego powrotu, cykle kosmiczne, archetyp itp. Generalnie jednak astrologom od samego początku chodziło o oswojenie przypadkowości świata, nadania sensu temu, co chaotyczne i nieprzewidywalne. Właściwie to nic nadzwyczajnego, bo o to samo chodzi przecież i nauce, i religii. Tyle tylko, że astrologia mówi dodatkowo, że ludzkie życie wprzęgnięte jest w kosmiczne rytmy i zależności oraz że to, co dzieje się na niebie, pozostaje w analogicznym związku z tym, co wydarza się na ziemi. Wprawdzie anegdota z Laertiosa o Talesie sugeruje, że to naiwne doszukiwać się sensu w gwiazdach, ale – jakby to powiedział Carl Gustav Jung – w przypadku astrologii chodzi przede wszystkim o wielką inwencję ducha podlegającą regulacji archetypowej, toteż pytania o sens i nonsens nie odnoszą się do tej kategorii. Po prostu dusza ludzka jest skonstruowana tak, że musiała stworzyć astrologię.
JMS: Niektórzy myślą o filozofii jako o rodzaju nauki, inni mówią, że filozofia poprzedza naukę, a gdzie jest miejsce astrologii?
PP: Moim zdaniem, miejsce astrologii znajduje się na styku magii, religii i nauki. Korzenie astrologii sięgają doświadczenia religijnego, ściślej mówiąc doświadczenia niebiańskiego sacrum. Ale astrologia nie jest religią, bo nie mamy tu do czynienia ani z kultem, ani z teologicznymi rozważaniami na temat natury bóstwa. Tym niemniej, daje się w astrologii uchwycić pewną soteriologię, pewien wymiar zbawczy lub przynajmniej coś, co moglibyśmy nazwać kosmizacją człowieka, która ostatecznie uwzniośla jego egzystencją.
Astrologia ma również coś z magii, nie tylko z uwagi na dawną, renesansową magię astrologiczną, lecz przede wszystkim z powodu przekonania o istniejącym oddziaływaniu ukrytych sił łączących – najogólniej mówiąc – umysł i materię. A to niewątpliwie ma proweniencje magiczne. Poza tym, już antyczna astrologia katarchiczna w celu osiągnięcia pożądanych skutków zajmowała się ustalaniem dogodnego momentu na rozpoczynanie pewnych działań (np. podróży, kupna bądź małżeństwa), względnie wyznaczała niekorzystne okresy dla określonych przedsięwzięć. A to do pewnego stopnia również wydaje się być domeną magii.
Oprócz tego, jeszcze nie tak dawno astrologię traktowano jak naukę. Aż do połowy XVIII wieku astrologia była wykładana na uniwersytetach. Zresztą przez stulecia dzieje astrologii i nauki splatały się ze sobą. Pamiętajmy, że na przykład postęp w astronomii w dużej mierze podyktowany był motywami astrologicznymi. Co więcej, astrologia i szeroko rozumiany symbolizm astrologiczny stanowiły niegdyś model dla innych dyscyplin naukowych. Dziś astrologia oczywiście nie jest nauką, ale to nie znaczy, że zasługuje na pogardę. Sądzę, że astrologia jest swoistym łącznikiem pomiędzy mythosem a logosem, zawiera w sobie to, co nauka utraciła.
JMS: Jesteś autorem książek i licznych publikacji o intrygująco brzmiących tytułach, dla przykładu: Lilith – Czarny Księżyc, Przesłanie Chirona – rana i uzdrowienie, Czy astrologia jest nauką? ["Czwarty Wymiar" 10/2001], Tragiczny horoskop Ameryki ["Gwiazdy mówią" 38/2001] i wielu innych. O czym traktują te teksty?
PP: Napisałem kilka książek na temat astrologii, z których większość to pozycje fachowe kierowane przede wszystkim do innych astrologów. Tym niemniej na przykład moja książka Jung i astrologia to pozycja dla każdego, kto interesuje się dorobkiem tego wybitnego szwajcarskiego psychiatry. Omawiam w niej stosunek Junga do astrologii oraz to, w jakim stopniu astrologia zyskała, korzystając z dokonań psychologii analitycznej.
Z kolei w swoich licznych artykułach zajmuję się głównie popularyzowaniem astrologii, przybliżając czytelnikom arkana tej wiedzy, ilustrując to barwnymi przykładami horoskopów znanych ludzi. Z kolei na moim blogu „Astrologia wydarzeniowa” staram się na bieżąco komentować aktualne wydarzenia w kontekście astrologii.
JMS: Czy można mówić o postępie w wiedzy astrologicznej, skoro tyle się publikuje na ten temat?
PP: Niestety, nie, bo ilość wydawanych książek na temat astrologii ma się nijak do postępu tej dziedziny. Zresztą w astrologii nie możemy mówić o postępie w znaczeniu pozytywistycznym. Na gruncie astrologii nie dokonano przecież żadnych spektakularnych odkryć naukowych, a to co wymyślono w świecie hellenistycznym, do dziś w dużej mierze pozostaje aktualne. Tym niemniej w dziejach astrologii zdarzały się okresy wielkich rewizji, czego skutkiem był na przykład dwudziestosześciotomowy traktat Astrologia Gallica napisany w połowie XVII wieku przez Jeana Baptiste’a Morina. Oczywiście, z historycznego punktu widzenia możemy mówić o postępie doktryn astrologicznych, począwszy od rudymentarnych form babilońsko-egipskich, poprzez antyczne dopracowanie, arabski rozkwit, renesansowy tryumf, a następnie oświeceniowy upadek, aż po romantyczny powrót i dwudziestowieczną hossę. Rozwój astrologii idzie jednak w parze z ogólnym postępem i przyrostem wiedzy. Mając na względzie taką czy inną dyscyplinę naukową astrologowie mogą inaczej interpretować określone reguły obowiązujące w sztuce odczytywania znaczeń horoskopu. Mamy na przykład astrologię biznesową, medyczną, polityczną, psychologiczną itp. Tym niemniej, stosunkowo duża ilość publikacji astrologicznych, jaka ukazuje się na świecie, bez wątpienia umożliwia wgląd w szeroki przekrój rozmaitych aspektów i kontekstów astrologii. Ale to nie jest postęp. To raczej podążanie za postępem.
JMS: Czy w świecie scjentyzmu i konsumpcji jest miejsce na astrologię?
PP: Skoro oświeceniowa rewolta nie potrafiła uśmiercić astrologii, to współczesny scjentyzm tym bardziej nie zdoła tego zrobić. Może ją tylko wzmocnić. Z jednej strony ludzie prędzej czy później zaczną tęsknić za ponownym zaczarowaniem świata, który oferuje astrologia, a z drugiej sama nauka może zrehabilitować astrologię w tym sensie, że – jak pokazało to ostatnio wielu myślicieli i filozofów – korzenie Rozumu tkwią w żyznej glebie idei, mitu i symbolu.
Jeśli zaś chodzi o konsumpcjonizm, to on nie tyle zagraża astrologii, ile raczej przyczynia się do całej masy uproszczeń. A wszystko po to, by temat był lepiej przyswajalny i szybciej można go było utylitarnie spożytkować. Przykład stanowią tu horoskopy dla dwunastu znaków zodiaku zamieszczane w kolorowych czasopismach. Jakkolwiek, tego typu astrologia, przez niektórych określana mianem jarmarcznej, też jest częścią tradycji i bynajmniej nigdy nie doprowadziła do kryzysu. Sam się zresztą tym param. A poza tym uproszczenia wynikające z konsumpcjonizmu to bolączka nie tylko astrologów, ale generalnie każdego, kto uważa się w swojej dziedzinie za profesjonalistę.
JMS: Czy ludzie traktują poważnie astrologię, czy też z przymrużeniem oka?
PP: Nawet w okresie renesansowego tryumfu toczono wielki spór o zasadność twierdzeń astrologicznych, więc tym bardziej trudno teraz mówić, by astrologia cieszyła się szczerym poważaniem. Jak wiesz, ostatnio niektórzy uczeni się nawet obrazili i żądali usunięcia profesji astrologa z ministerialnej listy zawodów, zapominając, że ojcowie-założyciele nowożytnej nauki, tacy jak Tycho Brahe, Kepler czy Galileusz, byli astrologami i jakoś nie przeszkadzało im to w uprawianiu nauki. Astrologia od zawsze była integralną częścią kultury europejskiej, dlatego większość ludzi traktuje ją życzliwie, chociaż raczej z przymrużeniem oka, wychodząc z założenia, że być może coś w tych gwiazdach jest, więc na wszelki wypadek nie wylewajmy dziecka z kąpielą. Moim zdaniem, stosunek do astrologii jest wprost proporcjonalny do wiedzy na jej temat.
Kiedy pytasz, co ktoś sądzi o astrologii, ludzie zazwyczaj nie mówią, co o niej wiedzą, tylko to, czy w nią wierzą, czy nie. Niekiedy także ci, którzy proszą mnie o interpretację horoskopu, pytają: „Czy Pan w to naprawdę wierzy?”. Tak jakby to była kwestia wiary. Tymczasem Leszek Szuman powiedział kiedyś, że wierzyć to można w życie pozagrobowe, a na astrologii trzeba się znać. A że ludzie się na niej nie znają, więc zwykle bazują na własnych uprzedzeniach. Generalnie, trudno więc mówić o poważaniu. Jakkolwiek osobiście nigdy nie spotkałem się z jakąś wrogością. Raczej z zaciekawieniem.
JMS: Co uznałbyś za największą swoją astrologiczną porażkę, a co za sukces?
PP: Nie jestem wróżbitą, ani nie mam się za wizjonera á la Nostradamus, więc trudno mi rozpatrywać swoją pracę w kontekście spełnionego bądź niespełnionego proroctwa. Ale jeśli mam mówić o porażkach, to przypomina mi się mój artykuł o szansach polskich piłkarzy na ostatnich Mistrzostwach Świata. Wprawdzie nie prorokowałem naszej reprezentacji wielkiej wygranej, ale to, co pisałem o zawodnikach, kompletnie się nie sprawdziło. Ale ja się po prostu nie znam na sporcie, toteż astrologia sportu nigdy nie będzie moją mocną stroną.
Natomiast chyba całkiem nieźle idzie mi w astrologii politycznej. Kiedy jeszcze u władzy było Prawo i Sprawiedliwość, przewidziałem upadek Leppera, rządu Jarosława Kaczyńskiego i wzmocnienie pozycji Donalda Tuska („Nieznany Świat” 8/2007). Również gdy ponad rok temu Kazimierz Marcinkiewicz ogłaszał swój wielki powrót do polityki, napisałem na blogu, że nic mu z tego nie wyjdzie, bo wciąż pozostaje pod ograniczającym wpływem Saturna. Ośmieliłem się również wskazać na położenie w jego horoskopie Wenus – planety miłości i seksu – „która tworzy koniunkcję z kamuflującym Neptunem i przebywa w skrytym, ale jednocześnie w pełnym namiętności i nieokiełznanej żądzy znaku Skorpiona”. Mówię „ośmieliłem”, bo wtedy jeszcze nic nie wskazywało, że wkrótce jego ultrakatolickie przekonania będą przez ową Wenus wystawione na ciężką próbę.
[Piotr Piotrowski (ur. 1972) - astrolog, filozof, dr nauk humanistycznych. Jest autorem książek: Przesłanie Chirona (1997, 2008), Od Leppera do Dalajlamy (2000), Jung i astrologia (2002), Lilith - Czarny Księżyc (2007). Interesuje się filozofią religii i kultury oraz historią doktryn i idei astrologicznych. Od wielu lat pracuje jako profesjonalny astrolog. Mieszka w Bydgoszczy z żoną Agnieszką i synem Korneliuszem. Prowadzi blog Astrologia wydarzeniowa.]
2009-05-31 o godz. 22:50
Problem: dlaczego prasa zajmuje sie takimi glupotami. Dlaczego nie pisac o robieniu na drutach.
2009-06-02 o godz. 08:55
rozwiazanie problemu:bo nie wszyscy sa takimi ignorantami jak Pan!
2009-06-02 o godz. 12:07
Według mojej (przyznaję, że bardzo amatorskiej) znajomości filozofii, to pisanie horoskopów do gazet (czym rozmówca się para) należy do bardzo popularnego prądu filozoficznego zwanego “tłuczeniem kasy na naiwności ludzi”.
2009-06-03 o godz. 18:01
Mnie interesuje czy jest jakas myslowa zbrodnia po ktorej uzywanie slowa “filozof” inaczej niz jako “uzyskany dyplom” przestaje miec sens.
Cos jak pakujacy niemowlaka na trzy zdrowaski do pleca chlebowego “lekarz” albo “astronom” zwolenik plaskiej Ziemi.
Bo w takich kategoriach odbieram niestety filozofa-astrologa w wieku XXI.
2009-06-04 o godz. 11:05
@mtwapa
O ile w naukach ścisłych i medycznych nie da się za bardzo bredzić, bo rzeczywistość takie bredzenie szybko zweryfikuje (konstrukcja nie będzie działać, pacjent umrze, wyniki teorii nie będą się zgadzały z doświadczeniami), to w tzw. naukach humanistycznych bredzić można do woli i bez konsekwencji. A nawet z tego bredzenia żyć, co widać na załączonym obrazku. Zajrzałem na zalinkowanego bloga - jedna wielka brednia. Jestem za tym, żeby filozofowi można było odebrać prawo do wykonywania zawodu, tak jak lekarzowi czy inżynierowi.
2009-06-04 o godz. 17:30
@cmos
Problem jest taki ze mozna byc lekarzem i homoepata i to nie we wlasnym gabineciku ale np. anesteziologiem podajacym jakies bzduractwa “na mniejsze krwawienie po porodzie” w szpitalu polozniczym. Podobnie mamy Giertycha Starszego: dendrologa & kreacjoniste. Wreszcie jest chyba w Poznaniu fizyk wyprowadzajacy wzory na Trojce Swieta…
Ergo: stuknietym mozna byc w kazdej dziedzinie.
Dla mnie filozofia nie jest sztuka w ktorej urzadza sie happeningi, tylko dziedzina w ktorej dba sie o jakosc wnioskowania. IMHO nie mozna byc filozofem sensu stricto i strzelac argumentacyjne byki / uzywac rozmemlanego jezyka.
Astrologia to nie nauka (OK) za to jest “wiedza” ktora dodatkowo “podaza za postepem” i “rozwija sie”.
No pewnie ze sie rozwija bo np. dzieki zegarom atomowym i nowoczesnym teleskopom mozna ustalac z wieksza dokladnoscia kiedy Mars wchodzi w gwiazdozbior Barana albo Kupid przecina Mglawice Ratlerka. Dzieki temu Piotrowski & co. dokladniej przewiduja kto zostanie seryjnym morderca np.
Ups, ta akurat czesc pozostala na tym samym pozioiomie co u chaldejskich magow….
Ciekawi mnie w jaki to nie-empiryczny sposob rozwija sie _WIEDZE_ na temat istniejacych obiektow fizycznych (gwiazd, planet i ludzi).
Wyglada mi to na “wiedze” a la sennik:
“psa w goretexowym kubraczku wysnic, usna Ci kwiatki w doniczce”.
BTW, czym innym jest historia mysli ludzkiej, albo “astrologia a filozofia”.
2009-06-05 o godz. 08:36
Zwykła sprawa, że jak człowiek czegoś nie rozumie, to stara się to zanegować, żeby poprawić swoje samopoczucie, że czegoś nie jest w stanie pojąć. Ale nie musi, astrologia to zawsze były zainteresowania niszowe, teraz jak jest tak popularna może mniej niszowe, ale jednak. Tego w weekend, ani w dwa tygodnie opanować się nie da, i nie trzeba, nie ma przymusu. Tak jak nie ma przymusu pisania książek, pisania wierszy, malowania obrazów. czy rzeźbienia, nie każdy musi mieć kulturalne zainteresowania. A nawet nie może, astrologia wymaga umysłu zdolnego do opanowania symbolicznego języka, nie każdy może się jej nauczyć.
Astrologia ma posmak “starożytności” i to cenię w niej najbardziej. Greckie wazy też nie muszą się każdemu podobać.
2009-06-05 o godz. 22:15
Ci, którzy nie wierzą w astrologię, doświadczyli jej chyba tylko na poziomie gazetowych horoskopów na “najbliższy tydzień”. No to faktycznie można nie mieć pojęcia… Jestem po psychologii i zajmowałem się przez jakiś czas terapią… Polecam poniższy artykuł (chyba wiecie kim jest EICHELBERGER?) :
“HOROSKOP – TO SIĘ NIE MIEŚCI W GŁOWIE”
WOJCIECH EICHELBERGER
„WYSOKIE OBCASY” 29 LIPCA 2000
DO ASTROLOGII zostałem przekonany w sposób empiryczny około 25 lat temu. Zaproszono mnie do swego rodzaju pojedynku z wybitnym, nieżyjącym już niestety, polskim astrologiem Robertem Walterem (1908-1980). Miałem mu podać godziny, daty, miejsca urodzenia oraz płeć trzech osób. z którymi już jakiś czas pracowałem w gabinecie psychoterapeutycznym, zachowując ich nazwiska w całkowitej tajemnicy.
Bolesna lekcja pokory
Po trzech tygodniach spotkaliśmy się w gronie szacownych warszawskich astrologów, gdzie pan Walter i ja odczytaliśmy swoje kilkustronicowe opracowania na temat każdej z tych osób. Ku mojemu zaskoczeniu, w dwóch wypadkach na trzy opracowania mojego adwersarza okazały się przynajmniej tak samo trafne i wyczerpujące jak moje. Nie wierzyłem własnym uszom, słysząc jak człowiek, który nigdy nie widział osób, o których mówił, przytaczał powikłane, intymne fragmenty ich losów, daty najważniejszych wydarzeń z ich życia i eleganckim językiem opisywał istotę ich psychologicznych problemów. W owym czasie, po ukończeniu uniwersyteckiego kursu psychologii, byłem bardzo sceptycznie nastawiony do wszelkich sugestii i teorii zakładających, że nawet jakaś niewielka część odpowiedzialności za indywidualne ludzkie losy może znajdować się poza nami.
Astrologia - uznająca, że wydarzenia w naszym życiu, a nawet nasze samopoczucie, zależą od przestrzennych stosunków między planetami i księżycami Układu Słonecznego i ich położenia względem centralnej gwiazdy - wydawała mi się pomysłem absurdalnym. Intelektualna uczciwość nie pozwoliła mi jednak odmówić udziału w tak elegancko skonstruowanym eksperymencie. Byłem zresztą przekonany, że mój pogląd na astrologię uzyska dzięki temu ostateczne potwierdzenie. Mój arogancki racjonalizm otrzymał bolesną lekcję pokory. To się rzeczywiście w głowie nie mieściło. Musiałem przyjąć, że na moje życie mogą mieć wpływ siły, których nie jestem świadom, że moment i miejsce, w którym pojawiam się na tym świecie, określają moje losy i rytm wydarzeń mego życia, wpisują mnie w jakąś tajemniczą energetyczną matrycę, której właściwości wyznaczane są położeniem okolicznych ciał niebieskich. Od tego momentu zasadniczym pytaniem było - w jakim stopniu moje życie jest przez tę matrycę zdeterminowane? Dla psychoterapeuty było to pytanie szczególnie ważne. Bo jeśli wszystko jest z góry zaprogramowane, to po co trudzić się nad prostowaniem ludzkich ścieżek i umysłów? Determinizm źle się kojarzy. Kłóci się z naszą potrzebą wolności, z przeczuciem, że brak jakichkolwiek ograniczeń czy uwarunkowań jest naszym naturalnym sposobem istnienia. Niemniej na co dzień wszyscy doświadczamy jego działania.
Rodzimy się w danym dniu, godzinie i momencie historii, z określoną płcią, w różnych krajach, klimatach, w mieście albo na wsi, w różnych rodzinach albo zgoła bez rodzin, jako spadkobiercy nędzy i nieszczęścia lub szczęśliwi dziedzice dobra i bogactwa. Z miliardów możliwości, jakie daje genetyczna ruletka puszczona w ruch przez naszych rodziców, dostajemy w dożywotnie użytkowanie określony chromosomowy garnitur - na jedno podatny, na drugie odporny, w jednym lepszy, w drugim gorszy. Różnimy się na tysiące sposobów, ale w jednej sprawie spotykamy się wszyscy. Sam fakt narodzin determinuje nasze dojrzewanie, starzenie się i umieranie. Wszyscy w obliczu trudności, cierpienia i przemijania pytamy cicho lub głośno: Dlaczego mnie to spotyka? Jaki to ma sens? Co ja mam z tym począć? Po wielu rozmowach z astrologami i latach doświadczeń z życiem własnym i ludzi, których znam i którym pomagałem, nabrałem przekonania, że kosmiczny determinizm nie jest całkowity. Nawet najtrudniejszy horoskop pozostawia jakieś wyjście, jakąś drogę rozwoju. Z drugiej strony, nawet najlepszy układ możemy zmarnować.
Horoskop to coś na kształt reguł gry, jaką możemy prowadzić z losem. Tak jak zasady makao, brydża albo pokera. Wprawdzie nie my decydujemy o tym, do jakiej gry nas posadzą i co mamy w kartach, ale z pewnością tylko od nas zależy, jak będziemy grać. Nasza odpowiedzialność za nasze życie - w języku astrologii rzecz ujmując - sprowadza się do tego, żeby po mistrzowsku wykorzystać potencjał naszego horoskopu, naszego kosmicznego rozdania. W tej grze nie jest istotne, czy wygrywamy, czy przegrywamy z innymi. Ważne jest, czy z tego, co mamy do dyspozycji, zrobimy najlepszy możliwy użytek. Żeby tego dokonać, musimy przede wszystkim poznać ukryty cel gry, odkryć, na czym polega wygrana, innymi słowy - zrozumieć, o co chodzi w zabawie zwanej życiem. Największym błędem jest obrazić się na swój los i próbować odejść od stolika. Od tego stolika odejść nie sposób.
Gra się rozpoczyna w momencie narodzin i kończy, gdy zegar mierzący czas gry wybije tzw. ostatnią godzinę. Wszystko, co zrobimy w międzyczasie, jest wpisane w grę - rezygnacja również. Więc lepiej grać aktywnie i świadomie, nie tracić szansy, żeby się czegoś nauczyć. Profesjonalny horoskop to taki, który precyzyjnie i jasno opisuje zasady naszej indywidualnej gry z losem, daje pojęcie o atutach, jakimi dysponujemy, a także wskazuje na to, czego powinniśmy się nauczyć. Co w sobie rozwinąć, a czego unikać, aby stawać się mistrzami swojego rozdania. Dobrze zrobiony indywidualny horoskop pokazuje, że każdy z nas gra swoją niepowtarzalną partię, która ma swoje odrębne zasady, swój rytm, swoją dynamikę i dramaturgię. Porównywanie się z innymi nie ma żadnego sensu.
Wielka niewiadoma Astrolog nie powinien formułować wróżb na przyszłość. Ani dobrych, ani złych. Przyszłość zawsze jest niewiadomą i w ogromnej mierze zależy od tego, na ile zdołamy uwolnić się od naszych nawykowych wzorów postrzegania, interpretowania i reagowania - od tego, co robimy z naszym życiem teraz. Złe wróżby mogą działać na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni - szczególnie na tych spośród nas, którzy i tak słabo sobie radzą z pesymizmem, malkontenctwem i autoagresją. Dobre wróżby natomiast, gdy się nie sprawdzą, zawsze budzą niepotrzebne rozczarowania. Astrologia to poważna sprawa. A fachowy horoskop to szyte na miarę dzieło ogromnej wiedzy, intuicji i ciężkiej, odpowiedzialnej pracy, która nawet mistrzowi nad mistrze zajmuje wiele dni. Reszta - mam tu na myśli horoskopy zamieszczane w popularnych pismach - to wróżenie z fusów, a w najlepszym wypadku - zabawa.
Pytanie, które pozostaje nam do rozstrzygnięcia, brzmi: kto tworzy scenariusz gry i rozdaje karty? Ale to już zupełnie inna rozmowa.
Wojciech Eichelberger,
psychoterapeuta, buddysta, autor książek psychologicznych i programów telewizyjnych („Okna”), stały współpracownik „Zwierciadła”. Żonaty, ojciec dwóch synów.
2009-06-06 o godz. 18:06
@domino
“”"chyba wiecie kim jest EICHELBERGER?”"”
Juz wiemy:
1) naiwniakiem
2) durniem nie majacym pojecia o metodologii nauk przyrodniczych.
3) facetem ktory przepuscil szanse na Nobla za naukowe potwierdzenie astrologii
Zgadlem?
ad 1) nigdy nie przeprowadzaj eksperymentu z szarlatanem w ktorym szarlatan ma potencjalny dostep do oczekiwanego wyniku (karty wywiadow spotkan z pacjentami).
Sugeruje wybranie dat urodzin 100 pasazerow lotu na miedzykontynetalne wakacje juz na lotnisku, losowe wybranie 10ciu, postawienie horoskopow w trakcie lotu, ankietowy wywiad psychologiczny po przylocie. Oczywiscie z decoyem ze sa to moi stali pacjenci z falszywymi historiami wywiadow w moim gabinecie.
Idiotyzm polegajacy na ujawnieniu osoby przeproadzajacej terapie z caloscia specjalizacji / predylekcji diagnostycznych / kierunku psycholologicznego etc.
ad 2) doswiadczenie anegdotyczne czyli zadne. Brak grupy kontrolnej, chocby w postaci niezaleznej ewaluacji psychologicznej tych samych pacjentow.
Brak jakichkolwiek statystyk. Brak ustalenia co jest trafieniem a co nie jest (np. zaburzenia seksualne to wszystko od pedofilii pprzez asphyxophilie do impotencji -> szukam astrologa wpisujacego “algolagnia pasywna polaczona z asphyksophylia i podtapianiem przez partnerke w stroju Myszki Miki z czarno bialym lizakiem o smaku pistacjowym”)
ad 3) jesli jestesmy na tropie EPOKOWEGO ODKRYCIA to dziwnym jest ze opisujemy toto w Zwierciadle a nie po wszechstronnym zbadaniu w najlepszych czasopismach naukowych. IMHO toz to bylby przelom na miare kopernikanskiego gdybysmy dowiedzieli sie ze data urodzin warunkuje psychike w stopniu sugerowanym przez EICHELBERGER’a.
Ale nic straconego. Nobel dalej czeka wiec bierz sie za badania. Ba, czeka takze James Randi co za ekseryment wykazujacy wlasnosci paranormalne placi cale 1 milion USD. Nie siedz, nie czekaj tylko lap Prawdziwego Astrologa (nie gazetowego -> nie wiem czy Piotrowski by sie kwalifikowal?) i lec po forse! Ludzkosc czeka…
2009-07-17 o godz. 22:47
mtwapa, tak się napociłeś i wszystko na nic
Życie czeka…
2009-10-22 o godz. 23:31
Serdeczne słowa uznania dla philosophos’a, zajmującego się nauką gwiazd. Na blogu nie pojawiły się świeże infosy, czy zaś można się spodziewać w najbliższym czasie uaktualnień>?? Pozdrawiam z Gdańska