Zainspirować do filozofii i kreatywności

Marzec 21, 2012, środa

Są tematy cykliczne, które powracają co roku w tych samych terminach. Tak mówimy o świętach, tak mówimy o mrozach, upałach, i wielu innych rzeczach. Takim tematem stała również dyskusja o nauczaniu religii, etyki, czy filozofii. Mimo upływu lat sytuacja się nie zmienia, lub zmienia się nieznacznie.

Według danych MEN liczba szkół i placówek, w których prowadzone są zajęcia z etyki oraz liczba godzin zajęć z etyki i liczba etatów nauczycieli, którzy prowadzą zajęcia z etyki na podstawie danych SIO wg stanu na 30 września 2011 r. v. 1 – wygląda następująco:

2010/2011
Liczba placówek:

Przedszkola – 12
Szkoły podstawowe – 203
Gimnazja – 328
Zasadnicze szkoły zawodowe – 39
Licea ogólnokształcące, w tym uzupełniające – 274
Licea profilowane – 18
Technika, w tym uzupełniające – 121
Szkoły policealne – 30
Szkoły specjalne, przysposabiające do pracy – 0
Szkoły artystyczne – 43
Pozostałe placówki oświatowe – 14
Łącznie: 1 082

2011/2012
Liczba placówek:

Przedszkola – 18
Szkoły podstawowe – 277
Gimnazja – 375
Zasadnicze szkoły zawodowe – 44
Licea ogólnokształcące, w tym uzupełniające – 306
Licea profilowane – 14
Technika, w tym uzupełniające – 114
Szkoły policealne – 23
Szkoły specjalne, przysposabiające do pracy – 3
Szkoły artystyczne – 47
Pozostałe placówki oświatowe – 60
Łącznie – 1 281

Można zatem powiedzieć, że w łącznej masie przybyło sporo, bo 199 placówek oświatowych, w których uczy się etyki. Liczba ta jednak wygląda mniej imponująco, gdy odniesiemy ją do całkowitej ilości placówek oświatowych w Polsce, których jest 35 431. Pozostaje zatem w tej kwestii dużo jeszcze do zrobienia, choć nie w tym jednak rzecz, aby poprawiać statystyki.

Dla mnie najważniejszą rzeczą, która niemal zupełnie uciekła z dyskursu publicznego, było zrozumienie, że etyki nie można postrzegać w opozycji do nauczania religii, jako alternatywy i tworzenie poprzez to sztucznego konfliktu. Wybieraj, albo jesteś religijny i z wartościami, albo niereligijny, bez wartości. Nie ma chyba – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę – etyki czy religii, która programowo i świadomie zakładałaby działanie na szkodę człowieka. Ale i nie w tym problem, że przeciwstawia się religię etyce – równie łatwo umiem wyobrazić sobie nauczanie religii lub religioznawstwa w ramach lekcji etyki. Kilka lat temu, pracując w zespole szkół im. Gutenberga w Warszawie, miałem okazję przekonać się, że nawet w warunkach polskich może być inaczej – we wspomnianej szkole wszyscy uczniowie mieli 2 godziny obowiązkowej etyki tygodniowo. Warto też dodać, że nauczyciele tej szkoły pani Anna Ziemska i pan Łukasz Malinowski, zostali laureatami konkursu MEN na stworzenie autorskiego programu nauczania etyki.

Mój filozoficzny apetyt był jednak zawsze większy – jestem zdania, że w szkole nie tyle należy nauczać etyki, czy szerzej, jak chce prof. Hartman, filozofii, lecz potrzeba stworzyć FILOZOFIĘ SZKOŁY – wizję drogi małego człowieka, który zmierza ku samodzielności i dorosłemu życiu w społeczeństwie. I choć nigdy nie ukrywałem swoich marzeń, choć zdawałem sobie sprawę, że mogę ich nigdy nie zrealizować w Polsce.

Bardzo się zatem ucieszyłem, gdy pewnego dnia, zadzwoniła do mnie młoda kobieta powiedziała, że czytała mój stary artykuł w Polityce i zapytała, czy nie chciałbym spełnić swoich marzeń. I tak właśnie powstał PROJEKT INSPIRACJA, który polega na nauczaniu przedmiotów objętych podstawą programową MEN w sposób zintegrowany z jednoczesnym nauczaniem etyki, filozofii i kreatywności – np. przedszkolaki podczas nauki literek i cyferek, poznawania bajek stanowiących fundament naszej kultury, czy też uczniowie szkoły podstawowej podczas lekcji matematyki, przyrody będą uczyć się jednocześnie zasad postępowania etycznego, filozoficznej ciekawości świata oraz rozwijać swoje kompetencje w zakresie zdolności do kreatywnego i innowacyjnego myślenia.

Dyrekcja szkoły zwróciła się do mnie z prośbą, aby stworzyć taki program, który nie będzie generował kolejnych trzech bloków lekcji i wydłużał dnia nauki o dodatkowe godziny – chodziło o to, aby nie obciążać dodatkowo uczniów, żeby nie stracili zapału do nauki, wręcz przeciwnie, żeby rozbudzić w nich ciekawość świata.

Szukałem zatem sposobu połącznia założeń programowych, dotyczących na przykład nauczania matematyki, z możliwością jednoczesnego przekazywania treści filozoficznych, lub wręcz pracowania na materiale filozoficzny i jednoczesnego prowadzeniem działań, operacji matematycznych.

W tym celu stworzyłem cykl opowiadań i dwójkę bohaterów, tworzących podstawę zadań stosowanych na lekcjach matematyki w ramach „Projektu INSPIRACJA”. Są nimi symbolizujący serce Filo (z gr. „przyjaźń”,) i Sofia, symbolizująca rozum (z gr. „mądrość”). Stanowią oni metaforyczne wyobrażenie pojęcia „filozofia”, a w swoich przygodach stawiają czoła problemom moralnym, którymi filozofia interesowała się od początku swojego istnienia. Postaci Fila i Sofii nawiązują do tradycji bohaterów-detektywów, znanych na przykład z opowiadań Artura Conan Dyla jak Sherlock Holmes (czyli Sofia) i dr Watson (Filo), czy brat William z Baskerwil (Sofia) i jego uczeń Adson z Melku (Filo) z powieści „Imię róży” Umberto Eco.

Tematem wszystkich opowiadań-zadań matematycznych są wartości moralne takie jak uczciwość, szczerość, opiekuńczość, przyjaźń etc. Kluczem do poznania tych cnót jest rozwiązanie zadania matematycznego, wplecionego w treść fabuły. Historie zbudowane są na zasadzie subtelnej perypetii, doprowadzającej bohaterów do kulminacyjnego momentu, w którym muszą dokonać moralnego wyboru. Tego wyboru, w imieniu bohaterów, dokonują uczniowie.
Uczniowie zatem czytając historyjkę stają w sytuacji wyboru i niejako w imieniu bohatera muszą podjąć decyzję o tym, jak bohater powinien dalej postąpić. Wskazówką dla uczniów w dokonaniu owego wyboru jest działanie matematyczne, które muszą dostrzec w historii i samodzielnie rozwiązać.
Konstrukcja zajęć realizuje filozoficzne przesłanie Platona, który nad wejściem do swojej Akademii napisał: „niech nie wchodzi, kto nie jest wykształcony w matematyce”. Trzeba tu jednak wyjaśnić, że grecki termin „geometros”, którym na określenie matematyki posłużył się Platon brzmi dosłownie w zdaniu „niech nie wchodzi, kto nie jest zgeometryzowany /wykształcony w geometrii” i miał głębszy sens, niż w języku polskim oddaje to współczesny termin „matematyka” czy „geometria”. Albowiem człowiek „zgeometryzowany”, zdaniem Platona, to nie tylko taki, który posiada wiedzę matematyczną, ale również jest harmonijnie/geometrycznie ukształtowany moralnie – jest moralnie doskonały.
I ten właśnie ideał nauki matematyki i jednoczesnego harmonijnego kształtowania moralności uczniów oraz postaw poznawczych będzie realizowany w ramach „Projektu INSPIRACJA”.

„Stary człowiek staje się młodym” cz. 2

Sierpień 13, 2011, sobota

O micie o Gilgameszu i jego znaczeniu z dr Olga Drewnowską-Rymarz* rozmawia Jarosław Marek Spychała.

JMS: Gilgamesz niewątpliwie boi się śmierci. Chciałbym dokładniej dowiedzieć jak wygląda miejsce, którego się boi i powodów tego strachu. W mitach pojawia się kilka określeń świata zmarłych – mowa jest o „domu Irkalla, z którego wchodzący nie wracają”, „Ziemi bez powrotu”, „Krainie Skąd Nie Ma Powrotu”. Jak zatem nazywano krainę zmarłych i gdzie ona się znajdowała?

O.D.-R.: Nazw Krainy Zmarłych jest wiele. Sumeryjskie to na przykład: Arali, Irkalla, Kigal lub Kur, akadyjskie – erset la tari, qaqqari la tari czyli właśnie „Ziemia bez powrotu”, „Kraina Skąd Nie Ma Powrotu” lub po prostu Ziemia. Nazwa wyjaśnia podstawowe prawo rządzące tym podziemnym królestwem – nie ma stamtąd powrotu, „kto tam wstąpił – nie wraca”. Był to obszar oddzielający ziemię od podziemnego oceanu, położony prawdopodobnie blisko powierzchni ziemi, a prowadziła do niego podziemna rzeka. Podróż do Krainy Zmarłych odbywano łodzią wraz z przewodnikiem-sternikiem o imieniu Neti ( u Akadów: Humuttabal). W królestwie Podziemi znajdowało się miasto otoczone murami z siedmioma bramami, a w jego centrum – lazurytowy pałac władczyni tej krainy – bogini Ereszkigal. Teksty wymieniają sędziów świata podziemnego, a pośród nich właśnie Gilgamesza. Nie znamy jednak zasad etycznych nimi kierujących. Wiemy jednak, że pisarka umieszczała imię przybywającego zmarłego na tabliczce i rozpoczynał on swój byt w krainie, która jest zwykle opisywana jako pełna ciemności i kurzu, brakuje w niej świeżej wody i chleba. Jednostajną i ponurą egzystencję mogły odmieniać dary bliskich żyjących krewnych – kult zmarłych był obowiązkiem najstarszego syna. Uprzywilejowani nieco byli ojcowie wielu synów, również rodzaj śmierci powodował inne rozróżnienie – wojownik godnie pochowany nie krążył w postaci upiora, którą przybierał ten, który nie został pochowany lub nie miał krewnych składających mu ofiary.
W tym świecie mieszkały obok zmarłych również bóstwa podziemne i demony, które mogły zgotować przybywającym straszny los. Władzę najwyższą sprawowała królowa Ereszkigal i jej drugi małżonek Nergal (o tym, dlaczego znalazł się on w świecie zmarłych mówi piękny mit „Nergal i Ereszkigal) oraz posłaniec , a zarazem syn Ereszkigal – Namtar.

JMS: Czytając akadyjskie mity o świecie podziemnym w sposób naturalny rzucają się w oczy pewne podobieństwa między wyobrażeniami Akadów i Greków – Ereszkigal przypomina Persefonę, Nergal Hadesa, Namtar Hermesa, a wspomkniany przez Panią Neti Charona. Na ile tego typu skojarzenia są uzasadnione, a na ile zubażają nasze poznanie akadyjskiej mitologii?

O.D.-R.: Przede wszystkim należy pamiętać o czasowej odległości pomiędzy kulturami Sumerów i Akadów oraz Greków. Nasza kultura narzuca nam pojmowanie świata i jestem zdania, że należy unikać wszelkich tego typu porównań, tym bardziej, że zawsze obca lub nieznana jest nam etyka tych ludzi.

JMS: Według akadyjskiego mitu o „Nergalu i Ereszkigal”, gdy bogowie wyprawiali ucztę wysłali posłańca do Ereszkigal z następującymi słowy „My nie możemy zejść do ciebie, a ty nie możesz przyjść do nas. Przyślij kogoś, kto by wziął twoją porcję!”. Z innego natomiast mitu dowiadujemy się, że bogini Isztar nie tylko schodzi do podziemi, ale i wraca. Jaki był cel podróży Isztar, i jak było to możliwe?

O.D.-R.: Od głównej zasady kierującej światem podziemnym istniało kilka, nie zawsze jasnych, wyjątków. Ereszkigal została porwana z niebios przez potwora świata podziemnego – Kur i już nigdy nie mogła opuścić tej krainy. Dlatego na ucztę bogów wysyłała swojego reprezentanta – posłańca Namtara, demona plag. Sumeryjski mit „Enlil i Ninlil” wyjaśnia dlaczego bóg Enlil przebywał czasowo w świecie podziemnym – odbywał tam karę za gwałt na pięknej Ninlil, która szukając go, również tam trafiła. Z ich związku narodziły się trzy bóstwa świata podziemnego, a jedynym ich synem mogącym opuścić podziemie był Nanna – bóg księżyca. Również bóg słońca schodził codziennie do tego świata (w tym miejscu lokalizowano wejście do Arali) i przebywał podziemną drogę by rankiem pojawić na wschodzie. Inne bóstwa, np. Dumuzi, który przebywał w świecie podziemnym pół roku i powracał na ziemię, mają prawdopodobnie związek z kultem bóstw wegetacji – czyli cyklicznym zamieraniem i odradzaniem się przyrody.
Sumeryjska bogini miłości Inanna zeszła do Kur prawdopodobnie na pogrzeb pierwszego męża Ereszkigal – Gugalany. Obawiając się jednak, że nie będzie mogła stamtąd wrócić, poprosiła swą posłankę o ewentualne wstawiennictwo u bogów Enlila, Nanny i Enki. Dopiero ten ostatni stworzył z brudu zza paznokci dwie istoty, które uratowały Inannę. Jednak prawa krainy podziemi były na tyle niewzruszone, że musiała ona wskazać kogoś, kto zamiast niej musiał tam pozostać. Był nim Dumuzi, małżonek Inanny.
Natomiast mit o zejściu akadyjskiej Isztar wyraźnie wskazuje, że schodzi ona do podziemi by sięgnąć po władzę nad tą krainą. Efektem jej zniknięcia jest jednak brak prokreacji: „na jałówkę nie skacze byk, osioł nie zapładnia oślicy, nie zapładnia mężczyzna dziewczyny na ulicy, leży mężczyzna w swoim pokoju, leży dziewczyna na swoim boku”. Pomocnym tym razem jest bóg Ea, który stwarza Asuszunamira, eunucha i wyposaża go w „wodę życia”. Dzięki niej i dzięki rozkazowi Ereszkigal Isztar mogła opuścić krainę zmarłych.

JMS: Podczas schodzenia do świata zmarłych bogini Isztar musi pokonać siedem bram. Po pokonaniu każdej z nich odźwierny zdejmuje Isztar jedną część garderoby tak, że gdy dociera do bogini Ereszkigal jest zupełnie naga. Ceremonia zostaje powtórzona w drodze powrotnej, z tym, że tym razem odźwierny zakłada ubrania na Isztar z powrotem. Jakie jest znaczenie tej ceremonii?

O.D.-R.: Zmarli stawali przed sędziami nago – to kolejne prawo krainy podziemnej. Isztar zostaje tym samym pozbawiona atrybutów swej wielkości, jest bezbronna i nie ma możliwości obrony przed chorobami, które „wypuszcza” na nią Ereszkigal. W drodze powrotnej, odzyskując kolejno odzienie i ozdoby, znów staje się boginią, odzyskuje swoje moce.

JMS: Dysponujemy niezwykłym tekstem tzw. „Snem księcia Kumy”, który zawiera bardzo plastyczny i zarazem przerażający opis krainy zmarłych. Co dokładnie znajduje się w krainie zmarłych?

O.D.-R.: Ten późny mit jest obrazem okropieństw tej krainy. Przedstawia straszliwe bóstwa i demony-hybrydy zaludniające ten świat, które znęcają się nad zmarłymi. Książę spotkał tam duchy swego dziadka i ojca, maltretowane pomimo swego królewskiego pochodzenia. Bóstwa w ten sposób pragnęły wskazać mu właściwą drogę postępowania – chodziło o przywrócenie rytuału święta, którego jego dziad i ojciec zaniedbali. Kumma po przebudzeniu postanowił przestrzegać nakazanych mu praktyk.

JMS: W micie o zejściu Isztar do krainy podziemi, gdy mowa jest o zmarłych, przyrównani oni zostają do osób przyodzianych w pióra niczym ptaki. Jak wyobrażano sobie ducha zmarłego?

O.D.-R.: Duch zachowywał prawdopodobnie swoją postać i osobowość; mógł się poruszać i kontaktować z innymi mieszkańcami, jeść i pić. Znaczniejsi śmiertelnicy mogli pełnić pewne funkcje. Podczas sądu w roli obrońców mógł występować bóg rodzinnego miasta zmarłego jak również jego osobiste bóstwo. Dysponujemy mitem, który mówi o przybyciu do Arali sumeryjskiego króla Urnammu, założyciela III dynastii z Ur. Udał on się z bogatymi darami do kilku znacznych bogów tej krainy, a Gilgamesz zapoznał go z rządzącymi tam prawami. Przez pierwsze dni pobytu los wydawał mu się znośny, ale po dziesięciu dniach Urnammu usłyszał lament Sumeru, wspomniał swój pałac i mury miasta, swą małżonkę i syna. Wówczas pojął nieodwracalność swego losu, okrucieństwo śmierci.

JMS: Gilgamesz umiera, jest zatroskany, boi się śmierci, nie chce umrzeć, chce żyć wiecznie. Odzywa się do niego Wielka Góra – Enlil i stara się przegonić troski władcy, uspokoić jego serce. Ze słów Enlila dowiadujemy się, że Gilgamesz po wkroczeniu do Wielkiego Miasta, czyli do krainy zmarłych, dołączy do grona najniższych rangą bogów, stanie się „przełożonym cieni” i będzie ferować wyroki tak ważne jak werdykty Ningiszzidy i Dumuziego. Jaki jest zatem status Gilgamesza – nie żywy, ale nie jest też martwy, nie jest człowiekiem, ale nie jest też nieśmiertelnym bogiem? („Śmierć Gilgamesza”, [w:] Eposy sumeryjskie, w przekładzie Krystyny Szarzyńskiej, Wydawnictwo AGADE, Warszawa 2003, s. 81-91).

O.D.-R.: Jest człowiekiem, zatem w krainie zmarłych może egzystować jedynie pod postacią nieśmiertelnego ducha. Jego pozycja jest jednak inna niż pozostałych – stał się sędzią, co było równoznaczne z lepszą egzystencją. Enlil pociesza go również, że w tej krainie spotka znanych mu krewnych i swego najlepszego przyjaciela Enkidu. Treść utworu mówi również o tym, że pomimo znajomości swego losu po śmierci Gilgamesz za życia buduje sobie grobowiec w korycie Eufratu. To nic innego niż jego osobiste „wejście” do Krainy Skąd Nie Ma Powrotu.

Duchowa brama Grzegorza Brala

Lipiec 31, 2011, niedziela





„Stary człowiek staje się młodym”

Lipiec 29, 2011, piątek

 


O micie o Gilgameszu i jego znaczeniu z dr Olga Drewnowską-Rymarz* rozmawia Jarosław Marek Spychała.


JMS: Epos o Gilgameszu zawiera kilka wątków – mowa jest o zawarciu przyjaźni Gilgamesza i Enkidu, o wyprawie do Lasu Cedrowego i zabiciu Huwawy, o zalotach bogini Isztar do Gilgamesza – o czym właściwie jest ta historia i jakie jest jej główne przesłanie?


Olga Drewnowska-Rymarz: Myślę, że o dorastaniu… Z młodzieńca „nie mającego rywala” – górującego nad innymi siłą, narzucającego swą wolę i spełniającego swe kaprysy Gilgamesz przeistacza się w mężczyznę. Gdy umiera Enkidu staje on przed wielką zagadką śmierci i wówczas uświadamia sobie, że i jego spotka taki sam los. Nieudana wyprawa po „ziele życia” kończy się podjęciem decyzji o budowie murów Uruk, decyzją bardzo nam bliską – przetrwamy w pamięci pokoleń stwarzając coś nowego, dobrego.

 

JMS: Kim był Gilgamesz, jak brzmi poprawnie jego imię – Gilgamesz czy Bilgamesz? W eposie określany jest jako ktoś, kto „w dwóch trzecich jest bogiem, w jednej trzeciej człowiekiem” – ile jest zatem w postaci Gilgamesza historyczności, ile mitologiczności, a ile literackości?

 

O.D.-R.: W wersji akadyjskiej nosi on imię Gilgamesz, w wersji sumeryjskiej – Bilgamesz, co w tłumaczeniu oznacza właśnie „Stary, który jest młodym”. Nie jest on postacią fikcyjną, rządził w mieście Uruk (sumeryjskim Unug) w 1 połowie III tys. p.n.e. Występuje w Sumeryjskiej Liście Królów jako władca panujący co prawda ponad sto lat i mający boski rodowód dzięki matce – bogini Ninsun, ale uznaje się go za postać historyczną. Pamiętać należy, że teksty literackie Mezopotamii, zanim zostały zapisane, funkcjonowały najpierw jako utwory recytowane. Epos jest terminem stosowanym do długich poematów opowiadających zarówno o czynach bogów jak i herosów. Utwór taki nie jest nigdy zbyt oddalony od mitu, często mają pewne wspólne cechy stylistyczne. Z pewnością można uznać Gilgamesza za zmitologizowaną postać historyczną, która przetrwała w pamięci pokoleń dzięki wspaniałemu dziełu literackiemu.


JMS: Zachowało się do naszych czasów kilka wersji eposu Gilgamesza, różnią się one szczegółami. Z czego to wynika? Czy możemy mówić o jednej kanonicznej wersji eposu?

 

O.D.-R.: Epos akadyjski jest tworem skryby, a właściwie kapłana-egzorcysty o imieniu Sin-leqe-uninni, który żył pomiędzy XIII a XI wiekiem w Babilonii. Istniały jednak wcześniej pieśni sumeryjskie opiewające poszczególne „przygody” Gilgamesza. Znamy ich pięć: „Gilgamesz i Agga z Kisz”, „Gigamesz i Huwawa”, „Gilgamesz i Niebiański Byk”, „Gilgamesz, drzewo halub i Świat Podziemny” oraz „Śmierć Gilgamesza”. Nie wszystkie weszły w skład akadyjskiego eposu, część z nich funkcjonowała jako szeroka epicka kompozycja, a część jako zamknięte całości . Tym niemniej zestawienie tych pieśni w jedną opowieść, a zarazem wzbogacenie jej o nowe epizody było dziełem innowacyjnym, nie mającym porównania z ówczesnymi utworami.

Do naszych czasów dotrwały fragmenty lub całe tabliczki z różnych okresów i terenów: z początku II tysiąclecia, z 2 połowy II tysiąclecia i z I tysiąclecia p.n.e. Spoza terenu Mezopotamii odnaleziono odpisy w Syrii, Palestynie i Azji Mniejszej; mamy tłumaczenia fragmentów na język hetycki i hurycki. Jest to dowód przekazywania opowieści, wzbogacania jej niekiedy o nowe wątki, a nawet ich wykorzystania również do nauki w szkole. Stąd wynikają rozbieżności treści. Natomiast wersja kanoniczna, licząca około 1500 wierszy i spisana przez Sin-leqe-uninni, została odnaleziona w sławnej bibliotece króla Asurbanipala w Niniwie, ale odnaleziona kopia pochodzi z VII wieku p.n.e. Odkrycie w British Museum tekstu z opowieścią o potopie (pomiędzy przywiezionymi z Niniwy tabliczkami) i przedstawienie jej w roku 1872 przez George’a Smith’a przed członkami Biblijnego Towarzystwa Archeologicznego, a zwłaszcza oczywiste podobieństwa do Księgi Rodzaju, wzbudziły powszechne zainteresowanie. Dzięki pomocy donatora – „Daily Telegraph”, Smith odnalazł w Niniwie dalszy ciąg opowieści.

JMS: Rozpoczynający epos akapit wskazuje wszechmoc Gilgamesza:

Tego, który głębię widział, chcę uczynić [znanym] mojemu krajowi,

tego, który [wszystko] poznał i wszystko [poj]ął,

tego, [który …] podobnie […],

doskonałego w mądrości, który wszystko [pojął],

tajemnicę widział, to co ukryte, otworzył,

przekazał wieści sprzed potopu,

drogę odległą przeszedł, trudził się, ale (potem) odpoczął

i [zapisał] na kamiennej steli cały swój trud.”

Co kryje się za tymi wersami – czy są to utarte formuły, czy też odwołania do niezwykłych kompetencji Gilgamesza względem innych ludzi? Co kryje się za określeniem „ten, który głębię widział”?

 

O.D.-R.: Głębię niedoli, smutku, rozpaczy i niemożności… Gilgamesz ma nadludzką siłę, piękną postawę, sławę, mądrość, ale nie jest nieśmiertelny. Ciągle w utworze przewija się pytanie pozostające bez odpowiedzi: „Czyż ja (=Gilgamesz) nie będę, jak on (=Enkidu), leżał bez wstawania całą wieczność?”. Starożytni po śmierci udawali się do świata podziemnego, krainy opisywanej jako mroczną i odpychającą. Co prawda dzięki innemu utworowi wiemy, że Gilgamesz miał w niej tytuł sędziego czyli status lepszy niż zwykły śmiertelnik, ale nie mógł jej opuścić. Nieprzypadkowo kraina ta zwana była „Ziemia bez powrotu” i „Kraina skąd nie ma powrotu”. Dla takiego wspaniałego bohatera, przeczuwającego nieodwracalność losu, ta walka stała się treścią życia.


JMS: Gilgamesz dociera do góry Maszu, wejścia do której strzegą ludzie-skorpiony. Przekonawszy strażników władca wchodzi do wnętrza i pokonuje ciemność, tj. drogę dwunastu podwójnych godzin ciemności, aż dociera do jasności. Spotyka szynkarkę Siduri, która doradza mu, aby udał się do przewoźnika Urszanabi, który łodzią ze skalnymi wiosłami dowiezie go do Wód Śmierci. Gilgameszowi udaje się pokonać drogę i spotyka mieszkającego tam Utnapisztima. Prosi go o roślinę przeciw jego rozpaczy – kwiat nazywa się „Stary człowiek staje się młodym”. Jak należy rozumieć tę historię, czym jest ów kwiat?


O.D.-R.: Najpierw prosi go o możliwość otrzymania życia wiecznego. Utnapisztim został obdarowany nim przez bogów – jako jedyny człowiek, który przeżył potop. Gilgamesz nie ma mocy dla zwołania „rady bogów”, dlatego Utnapisztim proponuje mu najpierw test – ma nie spać przez 6 dni i 7 nocy, tyle samo co trwał potop. Sen to przecież odrzwia śmierci… Oczywiście nasz bohater natychmiast zasypia, zmęczony trudami dotarcia do jedynego nieśmiertelnego człowieka. Jako dowód długości jego snu małżonka Utnapisztima piecze codziennie chleb (jego różne stany rozkładu są dowodem długości snu Gilgamesza) i zaznacza na ścianie te dni pozornej śmierci. Po przebudzeniu Gilgamesz popada w depresję i małżonka Utnapisztima wstawia się u męża z prośbą o pomoc dla nieszczęsnego młodzieńca. Ten opowiada o roślinie rosnącej w morzu, która ma zdolność przywracania młodości – noszącej nazwę „stary, który staje się młodym”. Gilgamesz ją zdobywa i niesie do Uruk. Co prawda zamierza najpierw wypróbować ją na starcu (w jednej z wersji), ale w trakcie powrotu, widząc już swe miasto, zatrzymuje się nad źródłem dla zażycia kąpieli. Pojawia się wąż, który korzysta z okazji, zjada roślinę i natychmiast zrzuca swą skórę. Zatem bohaterowi i nam pozostają jedynie marzenia o młodości, powrocie do pełni sił, nie unikniemy przeznaczenia… (Czy tym samym nie jest obecnie kult młodości, utrzymanie wspaniałego wyglądu mimo przybywających nam co roku lat? To złuda na którą trwonimy nasze siły, ale jednak próbujemy…)

 

JMS: W eposie pojawia się szereg informacji, które mogą wydawać się bliskie żydom czy chrześcijanom – mowa jest o tym, iż bogini Aruru tworzy Enkidu z gliny; pojawia się obszerny passus dotyczący potopu.


O.D.-R.: Glina była wokół, z niej powstawały cegły, domostwa, była też materiałem pisarskim. Stała się też akcesorium dla stworzenia Enkidu. W literaturze Mezopotamii ludzie powstają najczęściej właśnie z gliny, niekiedy dodatkiem jest krew lub ciało zabitego bóstwa. Jednak w eposie należy szczególnie podkreślić część opisującą potop, przedstawioną na jedenastej tabliczce. Utnapisztim snuje przed Gilgameszem swą opowieść jako odpowiedź na pytanie o swoją odmienność, której nie widać gołym okiem. Potop powstał z rozkazu bogów jako plan zgładzenia ludzkości, prawdopodobnie zbyt hałaśliwej w swej masie dla starszych bogów. Znamy i inne wersje opowieści o potopie, ale zawsze bogiem ratującym ludzkość jest mądry Ea. Nie mogąc się przeciwstawić przysiędze złożonej przez wszystkie bóstwa, przemawiał on do ściany trzcinowej chaty za którą stał Utnapisztim. „Rozbierz swój dom, zbuduj statek! Porzuć dobrobyt, szukaj życia! Wzgardź majątkiem, życie zachowaj!”. I dalej nakazał zbudowanie statku – arki Noego i załadowanie „nasienia całego życia”. Po przejściu straszliwego potopu statek wylądował na górze Nisir – nam znanej jako Ararat. Utnapisztim dla sprawdzenia czy gdziekolwiek opadły wody wypuszczał kolejno ptaki: gołębia, jaskółkę i kruka. I dopiero ten ostatni nie powrócił, zatem odnalazł suchy skrawek lądu. W podzięce Utnapisztim złożył bogom ofiary z trzciny, cedru i mirtu. To właśnie ten fragment wskazuje na znajomość wcześniejszej literatury obszaru przez autora Księgi Rodzaju.

 

JMS: Czy starożytni Grecy i Rzymianie znali ten mit i czy skorzystali z niego?

 

O.D.-R.: Pod koniec IV lub na początku III wieku p.n.e. żył w Babilonie kapłan boga Bela o imieniu Bel-usur (grecki Berossos). Jest on autorem dzieła w języku greckim zwanym tradycyjnie Babyloniaca, w którym przedstawił cywilizację babilońską. Według tradycji hellenistycznej jest on postacią legendarną, uznawaną za prototyp chaldejskiego maga. Jego dzieło mówi również o królu, który dzięki pomocy boga uratował swe życie podczas potopu – zbudował barkę. Babyloniaca nie zachowały się, ale autorzy starożytni cytowali go na podstawie skrótu napisanego przez Aleksandra Polihistora z Miletu (z 1 w p.n.e.). Również autorzy łacińscy cytowali go na podstawie kolejnej pracy Posidoniosa z Apamei.

 

JMS: Jakie jest znaczenie eposu dzisiaj, czy jest obecny we współczesnej tzw. popkulturze?

 

O.D.-R.: Podejrzewam, że znany jest jedynie tym, którym nieobce jest sięganie po dzieła Homera. Popkultura często sięga po „bramy Babilonu” jako odpowiednik siedziby rozpusty, zakorzeniony przez Herodota stereotyp. Natomiast niewątpliwe jest, że starożytni mieszkańcy Mezopotamii również stawali przed tajemnicą śmierci, tajemnicą od której my usiłujemy uciec we współczesnym świecie jak najdalej i jak najdłużej.


*dr Olga Drewnowską-Rymarz autorka tłumaczeń utworów akadyjskich na język polski (ukazały się w poszczególnych tomach Antologii Literatury Mezopotamskiej, wydawnictwo Agade), autorka „Mesopotamian Goddess Nanaja”, Warszawa 2008, redaktor księgi pamiątkowej ku czci prof. Krystyny Łyczkowskiej „Here & There. Across the Ancient Near East”, Warszawa 2009, w przygotowaniu książka – rozprawa hab. na temat panteonów lokalnych miast regionu rzeki Dijali. Obecnie adiunkt w Zakładzie Wschodu Starożytnego WO UW i zarazem tego zakładu.

Już w sierpniu pani dr Olga Drewnowska-Rymarz będzie gościem audycji LEGO-LOGOS w radiu TOK FM – zapraszam do wysłuchania.


Epos o Gilgameszu

Lipiec 25, 2011, poniedziałek


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Epos o Gilgameszu


Nowy przekład Eposu o Bilgameszu

Byłem ostatnio w jednym z warszawskich antykwariatów, w którym wdałem się ze sprzedawcą w dyskusję na temat Eposu o Gilgameszu, którego właśnie poszukiwałem w przekładzie ks. Józefa Bromskiego. Rozmawialiśmy o podobieństwach między treścią eposu, a greckimi i chrześcijańskimi wyobrażeniami religijnymi, dotyczącymi m.in. wizji pośmiertnych losów człowieka. W naszym odczytaniu tego dzieła zaznaczyły się pewne różnice i nie mogliśmy się z sobą do końca zgodzić. Sprzedawca na poparcie swojej argumentacji sięgnął wreszcie na półkę i przytaczał adekwatny passus z przekładu Stillera (Gilgamesz. Epos starożytnego dwurzecza, zrekonstruował i przełożył Robert Stiller, PIW Kraków 1980). Akapit był mi znany, i sam często przytaczałem go przy okazjach dyskusji o powszechności „strachu przed śmiercią” w różnych kulturach. Argument sprzedawcy pozwolił mi zrozumieć, że nasza niezgodność wynika z faktu, że posługujemy się innymi przekładami.
Niedawno, a dokładniej w zeszłym roku, ukazało się nowe wydanie eposu o Gilgameszu w tłumaczeniu zbiorowym Krystyny Łyczkowskiej, Piotra Puchty i Magdaleny Kapełuś, poprawione i uzupełnione o nowe teksty (pierwsze ukazało się w 2000 r.). Jest ono o tyle ważne, że stanowi wierny przekład oryginałów. Mówię o oryginałach, gdyż zachowało się kilka wersji tego Eposu. Najbardziej znana i zarazem najpełniejsza zachowana w 12 tabliczkach wersja eposu pochodzi z biblioteki Asurbanipala. Znaleziono ja w latach 1850-53 w miejscowości Niniwa, od której nazywana jest niniwejską (I tys. p.n.e.). Tabliczki wersji niniwejskiej datowane są na VII w. p.n.e. W tomie znajdują się także wersje starsze, ale zachowane fragmentarycznie: wersja akadyjska, pochodząca z okresu starobabilońskiego (1 poł. II tysiąclecia p.n.e.), oraz  z okresu średniobabilońskiego (XIV w. p.n.e.) i wersja hetycka (XIV-XIII w. p.n.e.).
Pierwsze publikację tekstu posługiwały się tytułem „Epos o Nemrodzie” nawiązując niejako do tradycji biblijnej. Dwujęzyczna publikacja sumeryjsko-akadyjskiej tabliczki Theophilusa Pinchesa z 1890 r. wprowadziła do świadomości naukowej imię Gi-il-ga-mes. Z kolei późniejsze prace Adama Falkensteina pozwoliły na odczyt sumeryjskiej wersji imienia, które mogło brzmieć: Bilgames. Sam epos rozpoczyna się słowami „SA NAQBA EMURU”, czyli „ten, który widział głebię” i od pierwszych słów utworu nazywali dzieło Babilończycy i Asyryjczycy – „O tym, który widział głebię”. W naszym kontekście rzecz nie dotyczy oczywiście tylko nazwy utworu, lecz jego wiernego przekładu i znajomości faktów, dotyczących jego realnej treści, jej oryginalnego brzmienia.
Jak wspomniałem, w języku polskim królował niepodzielnie przekład Stillera, chociaż próby przekładu podejmowano już wcześniej (tekst tłumaczyli m.in.: Ignacy Radliński pod koniec XIX w.; Julian Adolf Święcicki na początku XX w.; ks. Józef Bromski 1936). Przekład Stillera jest bardzo wdzięczną literacką adaptacją Eposu o Gilgameszu, ale nie stanowi wiernego przekładu znanych nam wersji eposu, a dodać należy od razy, że ponieważ jest ich kilka, to nie zawsze wiadomo, co rozmówca ma na myśli powołując się na Epos o Gilgameszu. Ma to duże znaczenie, ponieważ poszczególne wersje różnią się w odniesieniu do istotnych mitologicznych faktów. I nie chodzi tu także tylko o to, że istniało wiele wersji Eposu o Gilgameszu – podobnie istniało wiele wersji eposów Homera, które ujednolicono przy okazji pierwszego „spisania i wydania drukiem” w czasach Pizystratów. Również greckie mity miały wiele wersji często zasadniczo się różniących, jak choćby wspomina o tym Pauzaniasz, który przytacza różne wersje mitu Orfeusza: „Inni natomiast mówią, że Orfeusz zakończył życie, rażony przez boga piorunem. A zginąć miał w ten sposób dlatego, że zdradził ludziom jeszcze nie wtajemniczonym słowa wypowiadane podczas misteriów. [6] A jeszcze inni mówią, że po śmierci swej małżonki udał się dla niej do Aornon w Tesprocji, gdzie od dawna istniała wyrocznia zmarłych. Kiedy więc wydawało mu się, że w ślad za nim szła dusza Eurydyki i że ją stracił, ponieważ się obejrzał, z rozpaczy popełnił samobójstwo. Trakowie twierdzą, że słowiki, które mają swe gniazda na grobie Orfeusza, śpiewają głośniej i z większą słodyczą niż inne. [7] Macedończycy zamieszkujący obecnie podnóże góry Pierii i miasto Dion mówią zaś, że tam właśnie zginął Orfeusz, zabity przez kobiety. W odległości bowiem dwudziestu stadiów od Dionu, gdy idzie się w kierunku góry, znajduje się po prawej stronie kolumna, której kapitel stanowi kamienna urna. Urna ta — jak twierdzą tutejsi mieszkańcy — zawiera prochy Orfeusza.” (Pauzaniasz, X 30, 5-7, tłum. H. Podbielski, Wrocław 1989.). Z pewnością podobnie było prawdopodobnie z Eposem o Gilgameszu. Istotnym jest jednak fakt, że różnice występujące w poszczególnych wersjach Eposu są skutkiem wpływów innych tradycji religijnych.
Innymi słowy, śledząc zmiany w Eposie o Gilgameszu możemy odnaleźć echa wyobrażeń religijnych Hetytów czy Akadyjczyków. Bariery językowe, kulturowe, skąpość źródeł bardzo często powodują skróty myślowe i uproszczenia, których na co dzień jesteśmy po prostu nieświadomi. Nowy przekład pozwala zatem nie tylko poczuć brzmienie oryginału i jego wartości estetyczne, ale również doświadczyć ogromu wyobrażeń religijnych kultur, które bezpowrotnie odeszły. Epos o Gilgameszu jest także cennym źródłem dla wszystkich tych, którzy interesują się szeroko rozumianą komparatystyką, stosowaną zarówno w badaniach literackich, religioznawczych, czy też w studiach nad archetypami kulturowymi w ramach dziedzin takich jak antropologia, etnografia czy kulturoznawstwo. Mamy tu materiał porównawczy do badań nad mitami o: stworzeniu człowieka, potopie, podziale władzy miedzy bogami, świecie podziemnym i wiele innych. Naukowy i wierny przekład Eposu o Gilgameszu w języku polskim, którego się doczekaliśmy, daje podstawę do wilżących wniosków, do wyrobienia sobie rzeczowych opinii – a zarazem to wielka wyprawa w nieznany świat Orientu, to intelektualna przygoda życia.

 

Epos o Gilgameszu, Wydawnictwo AGADE, Warszawa 2010

 

 

Nowe gospodarcze trendy w humanistyce

Lipiec 14, 2011, czwartek

Czyli o tym jak zamienić swoje badania naukowe na biznes.
Ucichły już echa zamieszania wokół reformy szkolnictwa wyższego – niewiele z tego wynikło, jak zauważają niektórzy, bo i co miałoby wyniknąć, skoro na reformę trzeba pieniędzy, których Ministerstwo nie ma. Skończyło się zatem na „przepychankach” o zasady nadawania tytułów i zamiast zwiększyć nakłady na edukację wyższą, to je de facto zmniejszono, a przy okazji przygotowano grunt pod studia płatne.
Nie o tym chcę jednak pisać. W całej tej bowiem dyskusji zabrakło mi krytycznego namysłu nad zasadami pomiaru jakość polskiej nauki. Na ogół wszyscy zgodnie przyznają, że poziom nauki w Polsce nie jest zadowalający. Są to jednak opinie bardziej intuicyjne, niż naukowe, choć wypowiadane ustami polskich naukowców. Jedynemu argumentem merytorycznym, choć z pewnością nierozstrzygającym i niewystarczającym do przeprowadzenia takich ocen są rankingi uczelni wyższych, w których to rankingach polskie uniwersytety wypadają blado, plasując się w piątej setce. Nie przekonują też indeksy cytowań i ilość publikacji – były już eksperymenty pokazujące, że „bzdura” bywa częściej cytowana i krytykowania, niż pozytywne sądy, a nie dowodzi to przecież jej naukowej ważności.
Drugą rzeczą, której zabrakło, i jest ona o wiele bardziej istotna, to kwestia związku życia naukowego z tzw. ‘realnym światem’. Nie ma tych wątpliwości na gruncie nauk przyrodniczych, eksperymentalnych – odkrycia chemików, fizyków czy biologów łatwo przekuwają się na projekty gospodarcze, które często się samofinansują, nawet jeśli Ministerstwo ich nie wspiera, tu bowiem o sensowności decydują mechanizmy gospodarki wolnorynkowej. Co jednak z szeroko rozumiana humanistyką? Jak badania literackie czy etnograficzne przekuć na biznes?
Z tego też powodu na szczególną uwagę zasługuje projekt pn. „B+R=€ Nauki społeczne dla gospodarki” zrealizowany w ramach działania 4.2 Rozwój kwalifikacji kadr systemu B+R i wzrost świadomości roli nauki w rozwoju gospodarczym, w Priorytecie IV. Szkolnictwo wyższe i nauka, Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki. Instytucją prowadzącą projekt była Wyższa Szkoła Europejska im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie. Dlaczego ten projekt zasługuje na nasza i nie tylko naszą, lecz ministerialna atencję. Otóż postawiono w nim właśnie to pytanie, o którym wspomniałem wyżej, a które uważam za centralne dla przyszłości humanistyki w Polsce – jaka jest relacja między naukami humanistycznymi, a światem gospodarki? Jaka propozycje możemy przedłożyć młodym ludziom, kończącym humanistyczne studia wyższe? Czy mogą być albo naukowcami albo nauczycielami? A może mogą dokonać czegoś więcej w życiu? Odnieść sukces gospodarczy?
Prowadzący ten projekt naukowcy postanowili prześledzić kariery polskich humanistów, którym udało się przenieść swoja naukową pasję do realiów świata gospodarczego i odnieść tzw. biznesowy sukces. Innymi słowy, naukowcy prześledzili kontekst odkrycia humanistycznych inicjatyw gospodarczych – od momentu narodzin pomysłu, poprzez jego ugospodarnienie, aż po rynkową kulminację. Wyniki swoich badań zawarli w Casebook „Nowe perspektywy. Nauki społeczne dla gospodarki” wydany w nakładzie 3000 egz., zawierająca 13 case studies (w tym trzy zagraniczne) prezentujących różne formy współpracy nauk społecznych z gospodarką. Badania te pozwoliły na poczynienie interesuących obserwacji i wyprowadzenie wiążących wniosków, a więc prezentację kontekstu uzasadnienia, dotyczących potencjalnych przyczyn sukcesu gospodarczego poszczególnych inicjatyw, a tym samym praca ta może stanowić swoisty rodzaj kompendium, drogowskazu dla humanistów noszących się z zamiarem uruchomienia własnych działalności gospodarczych. Znajdziemy tam między innymi interesujące studia przypadków: socjologa Tomasz Jędrkiewicz; profesora Wojciecha Gasparskiego i jego Centrum Etyki Biznesu (CEBI); Krzysztofa Brocławika i jego firmy szkoleniowej GT Mentor oraz kilku innych. Ważne jest to, iż wszystko to są ludzie z krwi i kości, którzy mieliw wzloty i upadki, zderzyli się z tym, z czym przyjdzie się zderzyć każdemu humaniście, który zechce „się wzbogacić”, i mimo trudności udało się im. Dlatego książkę polecam, gdyż może nie tylko wskazać modele i drogi postępowania, ale może też po prostu dodać czasami otuchy w trudnych chwilach – jest dostępna bezpłatnie (mail: bepluser@wse.krakow.pl).
Realizatorzy projektu chcąc spopularyzować swoje badania, a również praktycznie pomóc wszystkim zainteresowanym we wdrożeniu projektów humanistycznych do życia gospodarczego zorganizowali i przeprowadzili 18 szkoleń w 12 największych miastach akademickich Polski (Lublin, Łódź, Szczecin, Białystok, Bydgoszcz, Gdańsk, Katowice, Kraków, Wrocław, Poznań, Warszawa, Rzeszów). Łącznie w szkoleniach uczestniczyło 219 osób.
Szkolenia spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem – uczestnicy podkreślali w ankietach ewaluacyjnych: Tematyka szkolenia wpisana w aktualne trendy rozwojowe szkolnictwa wyższego – warto takie szkolenia organizować na szerszą skalę (Łódź); Bardzo dobre przygotowanie moderatorów, świetny poziom przekazywanej wiedzy (Lublin); Wymiana doświadczeń w szerszym gronie (Szczecin); Omawianie praktycznych przypadków (Szczecin); Ciekawy sposób prowadzenia szkolenia pozwalający aktywnie uczestniczyć i współtworzyć zajęcia (Białystok); Bardzo ciekawe! (Białystok); Case studies dopasowane do tematyki szkolenia (Białystok); Bazowanie na studiach przypadków – materiale „żywym” – a nie teoretyzowanie (Białystok).
Dodatkowo, w celu dalszego wsparcia osób zamierzających podjąć działalność gospodarczą zorganizowano Kursy e-learningowe, z zakresu tematyki bezpośrednio związanej z technicznymi scenariuszami i rozwiązaniami m.in.: „Zarządzanie projektami badawczo-rozwojowymi”, „Finansowanie działalności B+R”, „Wprowadzenie do komunikacji marketingowej. Marketing i Public Relations w działalności B+R”, „Ochrona własności intelektualnej”. Kursy są aktualnie dostępne bezpłatnie (dostęp przez stronę www.bepluser.pl) po zalogowaniu (aby otrzymać hasło, należy wysłać maila na adres bepluser@wse.krakow.pl).
Podsumowując projekt pn. „B+R=€ Nauki społeczne dla gospodarki” wyszedł naprzeciw realnym zapotrzebowaniom. Jest oddolną alternatywą dla humanistów, propozycją ukazującą realia przejścia od pomysłu i humanistycznej pasji do działania i działalności. Nie są to teorie i hipotezy, lecz praktyka i fakty. Być może tego typu ludzie, jak opisani we w/w badaniach przesądzą o jakości polskiej nauki – wskażą nowe kierunki rozwoju.

 

Wielki Biały Smok / Be-Being

Lipiec 4, 2011, poniedziałek

Koreański zespół Be-Being – Wielki Biały Smok.

Próba

 

Mistyczny Iran na Brave

Lipiec 4, 2011, poniedziałek

 


Drugi dzień Brave Festival już za nami. Dziś przenieśliśmy się jakby w czasie, do serca dawnej Persji. I choć sami muzycy wyglądali zwyczajnie, jak zwykli przechodnie, których mijamy codziennie na ulicy, a i same instrumenty jakby nie zaskakiwały swoim wyglądem, lecz ledwie wydobyły się pierwsze dźwięki, to jasne było, że jesteśmy już gdzie indziej. Nieznane, mistyczne dźwięki, kojarzone z odległym krajobrazem Orientu, wydobywane były z surowych w swym wyglądzie instrumentów jak Santoor, Kamancheh, Tombak oraz Shoorangiz.


 

Pierwsza część koncertu była formą improwizacji, gdzie trójka muzyków prowadziła w iście mistrzowskim stylu rozmowę dźwiękami. Po krótkiej przerwie na scenie pojawiła się wokalista wraz z kolejnym muzykiem, wnosząc do muzyki nowy, głębszy, emocjonalny koloryt, iż miało się wrażenie, że nie znając języka, rozumie się każde słowo.

 

W wypełnionej po brzegi Sali Teatru Współczesnego wystąpił Reza Mazandarani wraz z wokalistką Malihe Moradi a także muzykami grającymi na perskich instrumentach. Była to rzadka i niezwykła okazja spotkania się ze współczesnym Iranem, siegającym do swojej odległej i wielkiej tradycji.

 

Zaczęło się odważnie – pierwszy dzień Brave Festival we Wroclawiu

Lipiec 3, 2011, niedziela

 

Artystą otwierającym 7.edycję Brave Festival był I Made Djimat . Trudno o innego artystę, który w kontekście maski, mógłby równie wyraziście wymownie przedstawić główną ideę tegorocznego festiwalu.


 

Publiczność, która tłumnie przybyła na otwarcie festiwalu, mogła przez około 2 godziny przenieść się w podróż na jedną  z najpiękniejszych  i najbogatszych kulturowo wysp, jaką jest Bali. Spektakl rozpoczął się od spontanicznie i niejednostajnie wydobywających się dźwięków z instrumentów, między innymi gamelana. Muzycy, wśród nich również I Made Djimat,  tworzyli niezwykły akompaniament do tańca Legong Kraton. Scena zamieniła się w miejsce, gdzie trzy barwnie ubrane kobiety, poruszały się z nieskończoną elastycznością. Ich twarze byłym niczym maski, a emocje wyrażały jedynie oczy i ruch ciała.  W asyście balijskich dźwięków, kobiety poruszały się niczym zahipnotyzowane. Wkrótce potem I Made Djimat nałożył na twarz pierwszą maskę i rozpoczął grę jednego aktora w 10 wcieleniach. Artysta tańcząc opowiadał historię, skupiając na sobie uwagę widowni. Ruchem swoich rąk wyrażał emocje i nastrój panujący w danej sytuacji.

Pełne napięcia momenty przerywał nagłym zwrotem akcji. Każdy krok aktora był obserwowany, gdyż każdy wyrażał jakąś część opowieści. Mimo rytualnej oprawy,  artysta wykazał się dużą dozą humoru, żartując kilkakrotnie z publicznością. I Made Djimat energicznie zaskakiwał, bawił, za każdym razem będąc kimś innym. Spoiwem łączącym wszystkie postaci była muzyka. Każda kolejna odsłona Mistrza budowała napięcie między tym co święte, a tym co świeckie. Nie był to jednak koniec antagonizmów, bowiem każdy ruch na scenie zdawał się mówić o czymś innym – początkowo wprowadzając w mistyczny nastrój, przeradzał się stopniowo we wręcz cyrkowe zwroty akcji.

Na koniec, na scenę powróciły kobiety wyglądające jak białe kwiaty, a I Made wystąpił z białą płachtą, jakby ostatecznie odpychając złe duchy.

 

Generałowie marketingu

Marzec 10, 2011, czwartek


Z Markiem Staniszewskim* o współczesnych managerach i ich strategiach rozmawia Jarosław M. Spychała (na dalszy ciąg rozmowy zapraszamy w radiu TOK FM, 12 marca 2011 r. po godz. 15.oo).

JMS: Wielu marketingowców w swojej aktywności zawodowej powołuje się na dzieło Carla von Clausewitza O wojnie (Vom Kriege). I nie chodzi tu tylko o historyczno-teoretyczne tło dla własnych teorii czy działań, lecz realną praktykę zawodową. Na ile trafne jest pojmowanie marketingu w kategoriach militarnych?

MS: Język wojny jest wciąż niezwykle popularny w dyskursie związanym z zarządzaniem i marketingiem. Ponieważ zaś dzieło Clausewitza jest klasyką tego, co można nazwać teorią wojny – właśnie do niego
najczęściej odwołują się teoretycy marketingu i zarządzania. W podręcznikach do marketingu popularnością konkuruje jedynie z chińskim dziełem Sun Zi i jego „Sztuką wojny”.

Paradygmat militarny jest powszechny w języku marketingu ponieważ te na pozór odległe światy łączy jedno zasadnicze pojęcie: STRATEGIA, a to właśnie Clausewitz dokonał precyzyjnego rozróżnienia pomiędzy
„strategią” i „taktyką” oraz wyraźnie zdefiniował te pojęcia. Taktykę rozumiał jako takie rozplanowanie sił, które umożliwia wygraniepojedynczej bitwy, strategię określał zaś jako taki sposób
wykorzystania poszczególnych bitew, który pozwala wygrać wojnę.

Działania marketingowe i działania wojenne – jeśli przyjąć „clausewitzowską” optykę – posiadają wiele wspólnych cech. Na pewno takimi cechami są KONFLIKT i KONFRONTACJA – walka z „obcą siłą” – w
marketingu jest to oczywiście konkurencja. Do potyczki, walki czy starcia dochodzi najczęściej w takiej sytuacji, kiedy dwie strony (lub więcej) zaczynają rywalizację o ograniczone zasoby i mediacja czy
wszelkie środki pokojowe okazują się niewystarczająca – pozostaje użycie siły. Analogią w marketingu staje się walka o ograniczony liczebnie rynek – jeżeli np. funkcjonuje na nim kilka podmiotów, a
zasobność kieszeni konsumenckich jest ograniczona, prędzej czy później musi dojść do „walki”.

Inne podobieństwa pomiędzy światem wojny i marketingu to np. rola przywództwa, motywacji, dokonywanie manewrów, element zaskoczenia, rola zabezpieczenia, operacje logistyczne itp. Marketer studiujący
wspomnianą „Sztukę wojny” faktycznie odnaleźć w niej można wiele kuszących analogii do tego, co robi na co dzień.

Jednak należy pamiętać, że samo myślenie o strategii (czy też tzw. strategiczny światopogląd) ukształtowany przez Clausewitza wciąż ewoluuje. Paradygmat wojny powoli przestaje być dziś aktualny choćby
za sprawą nieregularnej formy dzisiejszych wojen i współczesnych konfliktów – mam tu na myśli choćby wojny czwartej generacji (4GW – fourth generation warfare), które wymagają nowego spojrzenia na podstawowe założenia przyjmowane podczas kształtowania strategii.

Koncepcja konfliktów czwartej generacji (koncepcja opisana np. w książce „Strategia we współczesnym świecie… ” J. Baylis, J. Wirtz, Colin S. Gray, Eliot Cohen) próbuje uchwycić zmienną natury działań
wojennych pojawiających się wraz z fenomenem Zimnej Wojny i kolejnych zmian politycznych zachodzących po II Wojnie Światowej. Wg teoretyków zagadnienia aktorzy konfliktów czwartej generacji wymykają się
jednoznacznej identyfikacji. Zacierają się linie graniczne pomiędzy zakresami takich pojęć jak „wojna”, „polityka”, „żołnierze”, „ludność cywilna”.

Aktorzy działań wojennych stają się więc niekonkretni i trudni do wskazania – dobrym przykładem niejasności związanych z prowadzeniem tego rodzaju działań jest tzw. „wojna z terroryzmem”. Nie do końca
wiadomo z kim prowadzi się taką wojnę, nie do końca wiadomo kto jest wrogiem, a kto sprzymierzeńcem i gdzie należy kierować uderzenie aby przeciwnika pokonać nie krzywdząc „ludności cywilnej”.

W nowej generacji konfliktów dodatkowego znaczenia nabierają również takie czynniki jak np. atuty płynące z korzyści kulturowych, które mogą równoważyć technologiczną przewagę przeciwnika. Współczesne
konflikty pokazały, że świetnie uzbrojone, przeszkolone, wyposażone w zdobycze najnowocześniejszej techniki oddziały okazują się bezradne wobec fanatycznych kobiet czy dzieci oddanych idei religijnej.
Agresja nie posiada tu wyraźnego centrum, jest rozproszona. Trudno także zwalczać ruch, który nie posiada przywódców, czy dających się opisać struktur.

Współczesne rynki pod wieloma względami przypominają tego rodzaju koncepcję wojny – granice pomiędzy „swoimi” i „obcymi” są tu niewyraźne i płynne – konkurencja pojawia się w znienacka, w sposób
nieoczekiwany, konsumenci stają współproducentami (tzw. prosumeryzm), środowisko jest niestabilne, występuje w nim wiele niepewności itp.

Inną, alternatywną dla „clausewitzowskiej” wizją rynków jest popularna ostatnio teoria ZRÓWNOWAŻONEGO ROZWOJU. W podejściu tym wagę przykłada się do innowacyjności, odpowiedzialności, zachowania harmonii z otoczeniem, troski o wszystkich interesariuszy, kooperacji, tworzenia kapitału społecznego itd. Rewolucje i gwałtowne zmiany zastępowane są podejściem ewolucyjnym, organicznym, kojarzonym raczej z pielęgnacją
niż zdobywaniem. Nie ma tu miejsca na agresję, konflikt, walkę, zdobywanie, atakowanie,
flankowanie i całą pseudo-militarną nomenklaturę.

Metaforycznie rzecz ujmując „kobieca” strona rynku zaczyna powoli, ale nieubłagalnie wypierać „męską” – przynajmniej w odniesieniu do popularnych stereotypów. Wiąże się to również z pokryzysową refleksją
i pewną erozją tego, co można nazwać „wzorcowym kapitalizmem”.

JMS: Czy strategia marketingowa musi z konieczności prowadzić do absolutnej dominacji na rynku, do monopolizmu?

MS: Monopole są zakazane, więc oficjalnie nie stają się celem, do którego dążyć ma przedsiębiorstwo. Dominacja jednak faktycznie często jest naturalnym celem działań – nawet jeśli nie jest to wyrażane
wprost. Usiłowanie „rządzenia” na danym rynku, dyktowania własnych zasad i narzucanie tempa to często przyjmowane w marketingu priorytety. Nawet podręczniki do marketingu czy zarządzania mówią
wprost o „budowaniu przewagi” i „skutecznej walce z konkurencją”. Interpretując to w duchu clausewitzowskim chodziłoby o siłowe narzucanie innym swojej woli i eliminacje, tych, którzy stają nam na
drodze.

Jednak, tak jak wspomniałem istnieją na szczęście alternatywy dla takiego myślenia.

Opanowanie „niszy rynkowej”, strategia koncentracja uwagi na potrzebach klientów, czy też skupianie się na doskonaleniu rozwiązań w produkcie czy usłudze to także alternatywy do podejść konfrontacyjnych. I wydaje się, że właśnie one często są bardziej skuteczne – przynajmniej w fazach wzrostowych – wystarczy wspomnieć Apple, czy Google. Jednak po osiągnięciu pewnych limitów wzrostu, kiedy konkurenci kopiują rozwiązania, a rynek robi się „ciasny” znowu pojawia się dylemat związany z obraną strategią działania – walka i ekspansja mogą się wydawać jedyną sensowną strategią – nawet w celach przetrwania.

JMS: Zastanawiam się nad trafnością metafory lasu Kartezjańskiego („O metodzie”) w odniesieniu do mechanizmów gospodarki rynkowej. Kartezjusz posłużył się tą metafora, chcąc wskazać na wartość konsekwencji w postępowaniu badawczym. Jeśli człowiek – zdaniem Kartezjusza – zgubi się w lesie, to jedyny sposób, aby z niego wyjść, to trzymać się konsekwentnie raz obranej drogi i z niej nie zbaczać. W ten sposób, nawet jeśli obierzemy najdłuższą drogę, to prędzej czy później wyjdziemy z lasu. Z kolei, jeśli w trakcie drogi zaczniemy zmieniać kierunek, to możemy zacząć kręcić się wkoło i nigdy nie wyjść z lasu. W jednej ze swoich książek rozważa Pan o „Świętym Graalu” marketingu, czyli poszukiwaniu stałej przewagi strategicznej na rynku. Czy poszukiwanie owego Graala marketingu nie jest właśnie poszukiwanie stałego azymutu w rozumieniu Kartezjańskim? A może dziś nie należy mówić już o lesie Kartezjańskim, lecz o Kartezjuszu w dżungli, a więc o tym, że środowisko ulega ciągłym zmianom i nawet najlepsza strategia nic tu nie pomoże, bo sam las się zmienia i przemieszcza, jakby kręci się wkoło nas?

MS: Nawiązując do tego o czym rozmawialiśmy – czy faktycznie warto marnować energię by za wszelką cenę ten las opuścić? A może jest to bardziej przyjazne i naturalne dla nas miejsce niż świat, do którego chcemy uciec? Może warto w tym lesie po prostu pozostać – znaleźć przyjazną polanę, dostosować się do rytmu lasu, zrozumieć jego język i zacząć żyć inaczej? Być może ten symboliczny azymut i cel jest w nas samych i nie musimy poszukiwać go na zewnątrz?

Celowo odpowiadam pytaniem na pytanie ponieważ do tego rodzaju wątpliwości sprowadzają się dziś często wątpliwości związane z gospodarką, zarządzaniem i strategią marketingową. Być może sukces, zysk, przewaga nie muszą dyktować kierunku działań i doboru środków. Pytania i wątpliwości współczesnego marketingu oddają tak naprawdę ogólne rozterki związane z naszą ludzką kondycją. Wspólne dla obu jest
poczucie zwątpienia, pogubienia, braku autorytetów i relatywizmu co do wartości. Marketing coraz częściej zagląda do świata magii, symboliki, tego co irracjonalne, nieświadome, odwołuje się też do intuicji czy
zmysłowości. Podobnie w kulturze popularnej rośnie np. zainteresowania ezoteryką, usilne poszukiwanie ukrytej jedności czy próba zaklinania rzeczywistości poprzez „magię technologii”.

Marketing jest jednak – paradoksalnie – w nieco lepszej sytuacji, co wynika z jego biznesowej genezy. Jeśli już ktoś dokonuje przełomowej decyzji – chce prowadzić biznes, realizować się jako przedsiębiorca,
to na plan pierwszy wysuwają się kwestie pragmatyczne – tym samym ujawnia się poczucie SENSU i używając terminologii Webera odkrywane jest „powołanie”. Wiele wątpliwości znika i nawet to, o czym wspomniałem wcześniej traktowane jest czysto instrumentalnie – jako środek do celu, a nie cel sam w sobie. Istnieją jednak wielorakie motywacje związane z prowadzeniem biznesu – którego marketing jest częścią. Cele wyższe – realizacja swoistej MISJI także mogą być bardzo różne. Czasem nawet – i nie jest to żaden sarkazm – są jak najbardziej szlachetne.

JMS: Czy sama strategia wystarczy dla osiągnięcia sukcesu? Czy jest możliwa strategia bez stratega rozumianego jako menager?

MS: Sama strategia jest jedynie ogólnym planem działania, doborem środków i metod do realizacji założonego celu. Jej słuszność, czy trafność ocenić można dopiero w w działaniu. Stąd sama strategia to
rzeczywiście za mało – jeśli już zostanie opracowana, to pozostaje kwestia jej wdrożenia. Najdoskonalsza strategia (np w postaci spójnego, przemyślanego, jasno wyrażonego planu działań) będzie
bezużyteczna, jeśli zabraknie motywacji by ją zrealizować. Dobry menager jest najczęściej strategiem, a dobry strateg powinien bezpośrednio uczestniczyć i mieć wpływ na sposób realizacji kształtowanej przez niego strategii.

JMS: Jakie cechy musi mięć dobry manager?

MS: Na pewno ważne są zdolności przywódcze. Dobry menadżer powinien być dobrym liderem, ale istnieje wiele wzorców przywództwa. Ważna jest na pewno zdolność rozumienia ludzi – ich potrzeb, oczekiwań, obaw. Bez tego trudno nimi kierować. Menadżer powinien również posiadać kompetencje komunikacyjne. Musi mieć zdolność jasnego i zrozumiałego wyrażania oczekiwań, określania zadań, czy dawania tzw. feedbacku. W skład takich kompetencji wchodzi również umiejętność słuchania i wyławiania sygnałów płynących z otoczenia. Współczesny menadżer powinien również wykazywać otwartość i elastyczność. W warunkach szybkich i głębokich zmian często zachodzi potrzeba weryfikacji przyjmowanych założeń, czy błyskawicznej reakcji na zmianę warunków otoczenia. Skuteczni menadżerowie cechują się również dużą wyobraźnią – potrafią przewidywać, łączyć odległe na pozór trendy i zjawiska, tworzyć wizje przyszłych rynków czy stawiać alternatywne hipotezy co do tego jak może rozwijać się rzeczywistość.

JMS: Czy udałoby się Panu wskazać przykład współczesnego managera, który przypominałby charyzmatycznego wodza, i odwrotnie, przykład wodza, który mógłby stanowić przykład współczesnego managera?

MS: Najbardziej spektakularnym przykładem jest na pewno barwna postać twórcy grupy Virgin – Richarda Bransona. Branson uchodzi za przywódcę niezwykle wymagającego, obdarzonego intuicją biznesową, potrafiącego przyciągać uwagę, motywować swoich ludzi do działania. Jest na pewno typem wizjonera – potrafi dostrzegać szanse tam, gdzie inni jej nie widzą. Podejmuje duże wyzwania i nie boi się ryzyka. W istocie zachowuje się często jak wódz prowadzący oddział do szturmu.

Takich charyzmatycznych przywódców – menadżerów mamy również w Polsce. Jerzy Owsiak, twórca i główna postać Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy posiada wiele cech wspólnych z Bransonem. Potrafił stworzyć
atrakcyjną wizję i konsekwentnie ją realizuje. Posiada zdolność zapalania innych, rozbudzania entuzjazmu, mobilizowania do działania. Sam staje na pierwszej linii i daje osobisty przykład.

JMS: Czy zna Pan przypadki firm, które chyliły się ku upadkowi, a jednak, dzięki dobrej strategii, przede wszystkim dzięki dobremu managerowi, zostały wyprowadzone z kryzysu, wręcz ocalone?

MS: Istnieje wiele takich przykładów. Bardzo często menadżerowie są rekrutowani właśnie w tym celu – istnieje nawet pożądany, idealny pewien typ menażera do takich „zadań specjalnych”.

Postacią ikoniczną jest na pewno Jack Welch, człowiek, dzięki któremu firma General Electric osiągnęło prawdziwą wielkość i znaczenie. Podczas jego zarządzania wartość firmy GE wzrosła z 12 do 500 mld USD.
Obecnie Welch dzieli się swoim doświadczeniem na temat roli przywództwa w zarządzaniu publikując książki i biorąc udział w konferencjach tematycznych.

W jego wypowiedziach można znaleźć wiele kontrowersyjnych porad dotyczących rekrutacji, zarządzania zespołem czy sposobów wynagradzania. Chyba jednak trzymanie się tych zasad pozwalało zbudować jedną z najbardziej dochodowych na świecie firm.

*Marek Staniszewski – vice prezes agencji Young & Rubicam, gdzie odpowiada za zarządzanie strategiczne oraz rozwój poprzez innowacje. Zarządza również agencją interaktywną Max Weber i strukturą doradczą BAV Consulting. Komunikacją marek zajmuje się od piętnastu lat. Inicjował projekty „Magnetyzm polskich miast” oraz „Konstelacja polskich gwiazd”. Współtworzył formułę i program Szkoły Strategii Marki przy Stowarzyszeniu Komunikacji Marketingowej SAR, w której jest wykładowcą. Prowadził liczne wykłady oraz zajęcia związane z zarządzaniem, marketingiem i komunikacją reklamową, organizowane m.in. przez ICAN Institute – Harvard Business Publishing, Wyższą Szkołę Komunikowania i Mediów Społecznych im. J. Giedroycia, Szkołę Mistrzów Reklamy przy Akademii Leona Koźmińskiego. Autor wielu publikacji na temat komunikacji, marketingu, strategii, oraz autor książek: „Atlas strategiczny”, „Strategiczny podstęp”, współautor książki „Portret klienta”. Prezes fundacji Homo Inquietus. Prowadzi bloga „tak na marginesie” (www.staniszewskimarek.blogspot.com).