Magisterka za 500 złotych

listopad 3, 2009, wtorek

 

Czemu jedni piszą a drudzy kupują prace ‘akademickie’ za pieniądze?

Obejrzałem z uwagą program telewizyjny, który podjął trudny temat pisania prac akademickich za pieniądze, który to proceder nie jest legalny, ale kwitnie w najlepsze.

Reporter dzwonił i rozmawiał z osobami, które ogłaszają w internecie, że piszą prace licencjackie, magisterskie i doktorskie na zamówienie za pieniądze. Sadząc po głosach były to osoby młode – studenci?.

Takie ogłoszenia można znaleźć również na korytarzach uczelni. I tak Adiunkt Katedry Wychowania Fizycznego Politechniki Radomskiej napisała 33 prace licencjackie, a jej ogłoszenia wisiały na uczelnianym korytarzu.

Rodzą się pytania:

1. Jak jest możliwe, że promotorzy prac magisterskich i doktorskich nie rozpoznają, że ich podopieczni nie piszą samodzielnych prac?
Wydaje się, że można łatwo to wytłumaczyć w przypadku prac magisterskich, bo czy jest możliwe, aby profesor, który prowadzi kilkadziesiąt prac magisterskich rocznie czytał je wszystkie dokładnie, (jeśli w ogóle)?

Rozumowanie to jednak zdaje się być niewystarczające w odniesieniu do prac doktorskich. Tych powstaje zdecydowanie mniej i promotor powinien jednak dostrzec plagiat.

Z innej strony, ilość publikacji na dany temat, które pojawiają się na rynku jest tak duża, że chyba nie jest już w mocy żadnego człowieka śledzić je wszystkie na bieżąco – bez względu na rodzaj dyscypliny naukowej.

               
2. Dlaczego studenci i doktoranci decydują się na zakup prac, zamiast je pisać?
U podnóża problemu może leżeć fakt, iż wartość wykształcenia wyższego, a w konsekwencji prac magisterskich i doktorskich, mocno się zdewaluowała. W subiektywnym odczuciu studentów i doktorantów nic z tych prac nie wynika, a przynajmniej z większości. Zainteresowani nie widzą żadnego związku między tym pracami magisterskimi i doktorskimi, a tym, co rzeczywiście potrafią, czego na przykład będzie oczekiwał od nich pracodawca. Zaczynają zatem podchodzić do sprawy jak do zbędnej formalności, której nie traktują poważnie, a która opóźnia ich start w poważne życie.

           
3. Dlaczego studenci i młodzi pracownicy nauki decydują się na pisanie prac innym za pieniądze?
Czyżby byli pazerni i chciwi? Czyżby chcieli się ponad miarę wzbogacić? Jak bardzo można się wzbogacić pisaniem prac magisterskich za 700/1200 złotych? Przyjmując, że ktoś średnio pisze 2 prace miesięcznie, co oznacza, że musi mieć 2 klientów, i że musi pisać jedną pracę przez 2 tygodnie zyskuje 2400 złotych – to chyba jeszcze nie Rockefeller. Wzbogacić więc nie, ale można jednak sobie dorobić, co dla studentów, którzy pieniędzy nie mają i młodych naukowców, którzy słabo zarabiają jest znaczące.

Z drugiej strony, i studenci i młodzi naukowcy, zyskują (lub nie) w toku studiów jedną umiejętność – pisanie prac, bo ich studiowanie rzadko odnosi się do rzeczywistości. Robią to, co potrafią, bo to jedyna umiejętność, którą opanowali i która dostarcza im realnego dochodu.

Wiele osób mogłoby podjąć pracę bez wcześniej skończonych studiów. Znam kilku dyrektorów instytucji samorządowych, którzy piastują obowiązki dyrektorskie jako p.o., bo formalnie, bez studiów wyższych nie mogą pełnić tych funkcji. Idzie im dobrze, i nikt nie wyobraża sobie, aby ich zmienić, co pokazuje, że wykształcenie nie przesądza o kompetencjach i praktycznych umiejętnościach.

 

W obliczu ‘rynku prac akademickich’ polskim zwyczajem narastają głosy oburzenia i nawoływania do krucjaty przeciwko przestępcom. Mówi się o doskonaleniu programów do rozpoznawania plagiatów, ostrzejszych kontrolach, karach dyscyplinarnych, karnych itd. Być może to jedyna praktyczna droga zwalczenia procederu.

Jest to jednak walka ze skutkami nie z przyczynami. Genezy problemu należy upatrywać w braku wizji szkolnictwa w Polsce, a wyższego w szczególności, i braku odpowiedzi na pytanie, czym ma być wykształcenie wyższe – czy będzie to wykształcenie zawodowe, czy naukowe? Ponadto, rzecz najważniejsza, musie się zmienić radykalnie model nauczania, który musi iść z duchem czasu i być aktualny jak aktualna jest rzeczywistość.

Oczywiście, nie uważam, że wszyscy studenci i doktoranci w Polsce kupują swoje prace, przeciwnie, sądzę, że większość z nich pisze je samodzielnie i bardzo się w to angażuje. Nie da się jednak zaprzeć, że proceder kupowania prac jest i przybiera na sile. Sadzę jednak, że zwalczanie go więzienną atmosferą jest nietrafną i krótkowzroczna drogą, która w efekcie doprowadzi do patologizacji atmosfery akademickiej, zamiast jej uzdrowienia. Wszyscy zaczniemy na siebie patrzeć jak na potencjalnych przestępców. Przypomnę przy tym, że w polskim prawie obowiązuje zasada domniemania niewinności, a sprawdzając wszystkie prace niejako z automatu naruszamy tę zasadę, bo zakładamy, że każdy sprawdzany mógł się tego plagiatu dopuścić. A chyba nie tak powinniśmy traktować studentów.

Karać i naprawiać

październik 30, 2009, piątek

Sprawa Polańskiego – post scriptum.

Jeśli przyjąć, że kara ma naprawić człowieka, to okazuję się, że Polański naprawił się mimo, iż kary nie poniósł. Jaki jest zatem sens naprawiać go, gdy jest już naprawiony?

W jednym z tekstów poświeconych sprawie Polańskiego znalazłem ciekawy kierunek argumentacji, podążając za którym należy przyjąć, że Polański sprzed 30 lat nie jest tą samą osobą, co Polański teraz. Karanie go dziś nie ma zupełnie sensu, gdyż zostanie ukarany nie ten, który to zrobił.

Idąc jednak dalej tropem tej argumentacji łatwo przychodzi ją skojarzyć z argumentacją Heraklita z Efezu, który mówił o tym, iż nie sposób wejść dwa razy do tej samej rzeki. A można iść jeszcze krok dalej i stwierdzić, że nie sposób wejść nawet raz do tej samej rzeki, bo rzeka nigdy nie jest tą sama rzeką.

Nigdy zatem nie było jednego i tego samego Polańskiego. Czy nigdy zatem nie było sprawcy?

Wyobraźmy sobie dwóch ludzi. Jeden krzywdzi drugiego odrąbując mu obie ręce, ale ostatecznie nie zabija. Po 40 latach obaj się spotykają i oprawca chce przeprosić ofiarę za wyrządzoną krzywdę, szczerze żałuje i podaje rękę na zgodę.

I myślę, że tak właśnie jest też z krzywdzeniem drugiego człowieka. Można tego szczerze żałować, chcieć naprawić i zadośćuczynić wyrządzanej krzywdzie. Są jednak takie krzywdy, których skutku nie da się odwrócić i naprawić.

Ideałem więc winno być nie przepraszać i wybaczać, lecz po prostu nie krzywdzić.

Słowo mówione vc słowo nagrane

październik 27, 2009, wtorek

 

Na marginesie Watergate i polskich afer podsłuchowych.

Okres zmierzchu Grecji archaicznej i początek Grecji klasycznej to przejście od tradycji słowo mówionego do słowa pisanego. Grecy zwolna zaczynają coraz powszechniej posługiwać się ‘książką’, nie tylko jako formą przekazu, lecz również jako formą nauczania i regulacji stosunków społecznych.

Krytycznie wobec tej ‘nowinki’ wypowiadał się Platon w dialogu Fajdros. Dał temu wyraz między innymi w opowieści o spotkaniu władcy Egiptu Tamuza z bogiem Teutem, podczas którego to spotkania Teut przekonywał Króla do dobrodziejstwa, jakim miała być książka. Dar ten Król jednak odrzucił, gdyż sądził, że oddala on człowieka od rzeczywistości i przekazywał martwą wiedzę. Platonowi niewątpliwie chodziło przede wszystkim o aspekt edukacyjny.

W naszych współczesnych społeczeństwach trudno jednak sobie wyobrazić regulowanie tego, co ważne inaczej niż w formie pisemnej. Dochodzi wręcz do absurdów, w których obcokrajowcy musza przynosić zaświadczenie, że mówią w swoim języku, aby móc nauczać jako nativespeakerzy.

Już od dłuższego czasu jesteśmy informowani o tym, że ktoś kogoś podsłuchał. A chwile potem wybucha wielka afera. Zwolna zaczynamy się przyzwyczajać do myśli o tym, że możemy być nagrywani. Czekać tylko, aż sąd zacznie pytać – czy ma pan nagranie umowy? Zamiast pytać, czy ma pan kopie podpisanej umowy. Nie wierzymy już bowiem pismom, bo wiemy, że można je doskonale podrobić. Nie wierzymy już słowom świadków, bo wiemy, że mogą kłamać. Przekuje nas już tylko (choć pewnie nie wszystkich) bezpośrednie nagranie rozmowy (najlepiej video, zamiast audio).

Kiedy pierwsze informacje o podsłuchach hazardzistów obiegły Polskę, poszedłem sobie kupić film pt. ‘Wszyscy ludzie prezydenta’ o kulisach afery Watergate. Oglądając go zauważyłem ciekawy rys obyczajowy. Otwórz dziennikarze zbierając informacje cały czas robią notatki. I potem, rozmawiając ze swoimi szefami lub innymi osobami, powołując się na czyjeś wypowiedzi podają jako dowód swoje notatki, na zasadzie ta i ta osoba powiedziało to, bo mam to w swojej notatce z rozmowy. Ciekawym jest to, że nikt nigdy nie poddaje w wątpliwość ich wiarygodności, tzn. wiarygodności zwyczaju powoływania się na swoje notatki jako dowód.

Focus na politykę

październik 22, 2009, czwartek

 

O tym, co będzie, gdy afer już nie będzie.

Dziennikarz ostatnimi czasy ma dylemat – nie wie, którą aferę uczynić tematem nr jeden, na której sprawie się skoncentrować.

Często słyszy się głosy krytyczne pod adresem dziennikarzy, że zajmują się tylko polityką, a dokładniej politykami, i sugestie, że mogliby pisać o czymś innym. Dziennikarze, a dokładniej wydawcy, wyjaśniają, że odpowiadają na zapotrzebowanie społeczne, czego dowodzą słupki (ilości wejść na strony www z tekstami o tematyce politycznej jest nieporównywalnie większa, niż z tekstami na temat muzyki poważnej, teatru czy kina, że nie wspomnę już o tekstach z nutą refleksji filozoficznej).

Ciekawym wydaje się pytanie o to, czym zajmowałyby się media, gdyby nie byłoby już afer politycznych, gdyby w polskim życiu politycznym zapanowała zgoda, a politycy zajęliby się tylko pracą.

Nie chcę przesądzać, ale tak chyba nie będzie. Czy zatem skazani jesteśmy już tylko na tematy polityczne?

Być może nie jest koniecznym, aby zmieniła się polityka i politycy, aby nastąpiła zmiana w tematach poruszanych przez media.

Krytycy nauki, którzy wskazywali na kulturowe uwarunkowania teorii naukowych, kwestionując niejako prawdy głoszone przez naukowców, podsuwają tu pewną podpowiedź (Thomas Kuhn, Struktura rewolucji naukowych; Paul Feyerabend, Przeciw metodzie). Otóż twierdzili oni między innymi, że zmiany paradygmatów w nauce dokonują się nie w skutek racjonalnej ewolucji, lecz w skutek irracjonalnej rewolucji. Metody i paradygmaty w nauce zmieniają się dlatego, że umiera stare pokolenie naukowców i zastępuje je nowa generacja, która ma inne upodobania, przyzwyczajenia, nawyki itd. Zmiany paradygmatów i w konsekwencji rozwój nauki (bez jego wartościowania) są zatem wynikiem gustów i mody, nie odkrywania obiektywnej prawdy. I choć swego czasu poglądy te spotkały się z żywym sprzeciwem świata nauki, prawie z ‘ekskomuniką’, to dziś stanowią klasykę teorii naukowych.

W omawianym kontekście poglądy te mają o tyle znaczenie, że – jeśli przyjąć je jako słuszne – sugerują, iż zmiana w zainteresowaniach mediów dokona się wraz ze zmiana dziennikarzy, czyli ich odejściem, albo ze świata albo z pracy.

Ja sam skłonny jestem raczej sądzić, że zmiana w dziennikarstwie dokona się wraz ze znudzeniem. Ze znudzeniem tematem skandali politycznych. Znudzą się albo dziennikarze albo czytelnicy, słuchacze, widzowie.

 

Antychryst

październik 22, 2009, czwartek

 

Wiele hałasu o nic.

Film otwiera scena penetracji, która w czarno-białej tonacji z pornograficzną swobodą obnaża detale zbliżenia mężczyzny i kobiety. Może ma to szokować … nie wiem. Nie przypominam sobie żadnego filmu, w którym bym widział porównywalną precyzję anatomii aktu miłosnego, więc może jest to jakiś postęp (lecz blado on wypada na tle dvdteki, dostępnej w zakamarkach każdego kiosku). Ale co z tego ma właściwie wynikać? Dalej lata facet po lesie z babą z nożyczkami i wzajemnie się mordują. I koniec fabuły.

Jest rzeczą ważną mieć przychylne nastawienie i nie brakuje mi go, bo lubię Larsa von Triera jako reżysera – m.in. za Dogville czy wcześniejsze Królestwo. Ale w przypadku Antychrysta nic owo nastawienie nie pomoże. Chyba mam zacząć wymyślać treść do obrazu – taki intelektualny dubbing.

Nie bardzo wiem, co miało być kontrowersyjne w tym filmie – to pustka od początku do końca. I nic więcej o tym nie powiem, bo po prostu nie ma tu o czym mówić.

Dici!

 

Polska na podsłuchu

październik 18, 2009, niedziela

 

Jawne tajne państwo poza prawem na straży sprawiedliwości.

Podsłuchiwanie i nagrywanie rozmów stało się chlebem powszednim polskiej sceny politycznej jak i w konsekwencji rzeczywistości społecznej. Podsłuchy i nagrywanie praktykowali nawet najwyżsi rangą polscy urzędnicy, który winni byli tego nie robić, choćby po to, aby świecić przykładem, – ale, co tu się zresztą dziwić, skoro to samo wiele lat temu czynił J. Edgar Hoover (na marginesie, rządził CIA przez 48 lat).

Z pewnością jest wiele okoliczności, które doprowadziły do tego stanu rzeczy w Polsce. Jedną z nich jest prawdopodobnie bezsilność organów ścigania, które nie potrafią lub nie mogą już w inny sposób dowieść złej woli osób podejrzanych, niż tylko poprzez nagranie ich wypowiedzi. Wielu bowiem różnej maści oszustów operuję słowem mówionym, będąc świadomym swojej bezkarności w słowie i odpowiedzialności i w piśmie. Trudno dowieść, że ktoś coś powiedział – bezspornym jest jednak, gdy coś jest napisze. Ale oszuści i ludzie działający w złej woli unikają papieru i pióra jak diabeł wody święconej. Stąd zostaje tylko podsłuch i nagrywanie. (Na marginesie warto jednak odnotować, że współczesna technika pozwala na tak zaawansowany montaż dźwięku, że w niedalekiej przyszłości prawo będzie musiało taki dowód uznać niebawem za niewystarczający).

Mimo wielu wątpliwości, wszyscy bijemy brawo, gdy dzięki tego typu praktykom organy ścigania ‘dopadają’ przestępców, a wymiar sprawiedliwości może ich sprawiedliwie osadzić, m.in. na podstawie nagrań, które dowodzą złej woli.

I gdyby jednak było tak, że wszyscy używają porsche lub ferrari, żeby jeździć z dozwoloną prędkością, to nie byłoby problemu – ale jak wiemy, jak ktoś kupi porsche to rzadko jeździ 60-tką, gdy może 200.

I, jak się wydaje, tak sprawy się mają i teraz, gdy Polskę obiegły informacje o nielegalnych podsłuchach (prawdopodobnie, bo rzecz nie jest przesądzona).

Jak pisze dziś dziennik POLSKA: „W trakcie procesu przeciw ‘Rzeczpospolitej’ pełnomocnik ppłk. Mąki poprosił o odtajnienie stenogramów podsłuchów, które opracowali oficerowie ABW, prowadzący sprawę dotyczącą ewentualnej płatnej protekcji przy weryfikacji żołnierzy WSI. Okazało się wówczas, że zawierają one zapisy rozmów zupełnie niezwiązanych z tą sprawą. M.in. zarejestrowano, jak znani dziennikarze Bogdan Rymanowski (TVN24) oraz Cezary Gmyz (Rzeczpospolita) rozmawiają, jak odwieść Sumlińskiego od samobójczych myśli. Nagrano i nie zniszczono także wielu innych rozmów dotyczących m.in. spraw intymnych osób trzecich.’

Z perspektywy historyka (niejako abstrahując od konkretnej historycznej rzeczywistości) należy wnioskować, iż z tekstu wynika, że nawet tak wysoki rangą oficer danej służby, nie był świadomy, co zawierają stenogramy podsłuchów. Fakt ten skłania do dwóch wniosków, po pierwsze, podsłuchy mają charakter masowy, po drugie, nikt nie ma nad tym kontroli. I nie chodzi o to, że każdy oficer ABW lub innej służby podsłuchuje, kogo chce i kiedy chce. Raczej jest tak, jak należy przypuszczać, że podsłuchy prowadzone są automatycznie. Że istnieje lista osób i instytucji, które się podsłuchuje z automatu, a same nagranie z podsłuchów gromadzone są w bankach danych i gdy wypływa jakieś nazwisko w jakiejś sprawie, to sięga się do bazy danych i wtedy dopiero się sprawdza, co dana osoba mówiła i do kogo przez ostanie kilka lata.

Z perspektywy historycznej, badając sam mechanizm, należy powiedzieć, że tajne służby nie służą nikomu, żadnej konkretnej partii. Nie są ani lewe, ani prawe, ani centralne. Są raczej same sobie i służą aktualnie rządzącej ekipie.

Z perspektywy filozoficznej należy powiedzieć, że służby specjalne są patologicznym efektem poszukiwania idealnego strażnika sprawiedliwości, który – jak pisał Platon – powinien być w nas, a nie na zewnątrz nas. (zainteresowanych odsyłam do mitu o pierścieniu Gygesa – Platon, Państwo, 359d-360b).

Od afery do afery

październik 18, 2009, niedziela

Alicja Tysiąc, Roman Polański, afera hazardowa, a teraz afera podsłuchowa.

Nie trzeba być astrologiem, żeby przewidzieć, że kolejne tygodnie przyniosą kolejne sensacje. My się tym wszystkim przejmujemy, ekscytujemy, dyskutujemy o tym, co dobrze, a co źle. Jesteśmy tym wszystkim wstrząśnięci. Ale czy kiedyś się otrząśniemy z tego newsowego amoku?

Niemcy w tym czasie ratują Opla, Amerykanie dogadują się z Rosjanami, a Rosjanie z Chińczykami.

Może lepiej opowiadać sobie popularny niegdyś kawał o tym, jak to nieuleczalnie chorego Gorbaczowa zamrożono z nadzieją na postęp medyczny za 100 lat. No i budzą go po stu latach, a Gorbaczow, trochę otumaniony długą hibernacją, pyta się jak tam sytuacja w świecie. Na to mu odpowiadają: wszystko dobrze towarzyszu, na granicy polsko – chińskiej spokój.

A co będzie, gdy Nam Polakom opowiedzą kawał: na granicy rosyjsko – chińsko – amerykańskiej spokój.

Ale nie tym spuentuje moją krytykę (również samego siebie). Zakończę słowami Karola Libelta, który w swoje pracy pt. ‘Samowładztwo rozumu i objawy filozofii słowiańskiej’ (Warszawa, 1967, s. 240 i nast.) powiada: ‘Naród Polski nigdy nie był przystępny dla abstrakcji. Wszystkie oderwane od wszelkiej materialności przedmiotowości ducha np. idea państwa, idea obyczajowości, idea prawa itp. leżą poza obrębem pojęć narodowych. Lud nasz każdą abstrakcję koncentruje w jednostkę, w osobę. Tak władza manifestuje mu się w panu, prawo w urzędniku, historia w mężach historii.’

Pomóc Oplowi?

październik 18, 2009, niedziela

 

A może managerowie powinni zacząć od zaciśnięcia pasa?

Załóżmy, że mam małą firmę i zatrudniam 5 pracowników. Przychodzi kryzys i zaczynam plajtować. Nikt się mną jednak nie przejmuje, bo upadek mojej firmy nie zachwieje gospodarką. Nie ma też zatem konieczności wprowadzania specjalnych ustaw w tym względzie jak i nie ma potrzeby udzielania pomocy publicznej. Przecież to tylko 5 osób.

Kryzys jednak nie dotyczy tylko mojej firmy, lecz setek innych małych, podobnych do mojej firmy. I nagle się okazuje, że ludzi bez pracy jest w rzeczywistości nie 5 lecz na przykład 5000.

W gliwickim Oplu pracę ma stracić 473 osób. Z pewnością odczują to też podwykonawcy Opla, którzy będą zmuszeni zmniejszyć produkcję.

Nowy - dodam potencjalny - kanadyjsko-rosyjski właściciel Opla stawia jako warunek przejęcia firmy udzielenie gwarancji pomocy publicznej od rządów, w których znajdują się fabryki Opla. Bez tej gwarancji fabryki nie wykupi. Na rzecz nowego właściciela lobuje rząd Niemiec. Jeśli tej pomocy nie będzie, to Opel może zbankrutować.

Jak zapewnia polskie Ministerstwo Gospodarki, pomoc ma polegać nie na przekazaniu gotówki, lecz specjalnych ulgach podatkowych, które pozwolą zaoszczędzić właścicielowi 450 mln euro.

Nie interesują mnie wątki narodowe tej sprawy i polsko-niemiecko-rosyjskie antagonizmu.

Przypomina mi się sprawa pewnego amerykańskiego koncernu (zapomniałem nazwę firmy), który w pierwszej fali kryzysowej w USA otrzymał wielką pomoc rządową. Sytuacja była alarmująca i managerowie firmy straszyli Amerykę wielkim, fatalnym w skutkach bankructwem firmy, które miało pozostawić tysiące ludzi na bruku. Dlatego wszyscy przytaknęli i firma dostała wielkie pieniądze z pomocy publicznej.

I co zrobili owi managerowie potem? Kupili samolot (lub wyczarterowali) i pojechali odpocząć po trudach transakcji na wielką balangę na Florydę.

Jeśli rzeczywiście istnieją rzeczywiste przesłanki przemawiające za pomocą publiczną dla Opla w Polsce, to czy w pierwszym rzędzie managerowie nie powinni obniżyć swoich pensji i zamrozić wszelkie premie? Czy nie może to stanowić jednego z warunków pomocy.

Jeśli prezes firmy zarabia 200.000,oo złotych, to czy nie byłoby wielka oszczędnością, gdyby zaczął zarabiać np. 8.000,oo złotych.

 

Rysy Polskie

październik 16, 2009, piątek

 

Refleksje na marginesie naszej mentalności.

Istnieją ukształtowane potoczne wyobrażenia o poszczególnych nacjach, które charakteryzują lub mają charakteryzować ducha narodu. Niemcy lubią porządek i są przesadnie zasadniczy, włosi są leniwi i lubią uwodzić, Polacy są zawistni i kradną, Rosjanie są technicznie toporni i lubią wódkę itd.

Takie ogólne charakterystyki (stereotypy) do nas przemawiają, co potwierdza nasz radosny odbiór filmów, które z tych stereotyp czynią temat swoich żartów, żeby wspomnieć ‘Ci wspaniali mężczyźni w swych latających maszynach’ (Anglia 1965); ‘Jak rozpętałem II Wojnę Światową’ (Polska 1969) czy ‘Hallo, hallo’ (Wielka Brytania 1982).

Nie trudno było by jednak w rzeczywistości znaleźć Niemca, który „lata za kobietami jak pies, kupuje im prezenty za kradzione pieniądze, obficie popija podczas swoich miłosnych podbojów i jest nie najbardziej rozgarnięty”. Takiego znajdziemy i Polaka, Włocha, Francuza i Chińczyka pewnie też.

I wydaje się, iż możemy z dużym prawdopodobieństwem zakładać, że każdy spotkany Niemiec, Polak czy Anglik nie będzie taki stereotypowy. Pewne jest raczej, że taki nie będzie. Zdają się zatem owe stereotypy wodzić nas za nos. Jednak w duchu myślimy sobie, że coś w tym jest.

Ilekroć czytam poniższą modlitwę, czy oglądam film ‘Dzień Świra’, w którym Polacy odmawiają ją stojąc na blokowych balkonach, myślę właśnie o tym, jacy jesteśmy, My Polacy.

Gdy wieczorne zgasną zorze,
zanim głowę do snu złożę,
modlitwę moją zanoszę,
Bogu Ojcu i Synowi.
Dopierdolcie sąsiadowi!
Dla siebie o nic nie wnoszę,
tylko mu dosrajcie, proszę!
Kto ja jestem?
Polak mały! Mały, zawistny i podły!
Jaki znak mój? Krwawe gały!
Oto wznoszę swoje modły do Boga, Maryi i Syna!
Zniszczcie tego skurwysyna!
Mojego rodaka, sąsiada, tego wroga, tego gada!
Żeby mu okradli garaż,
żeby go zdradzała stara,
żeby mu spalili sklep,
żeby dostał cegłą w łeb,
żeby mu się córka z czarnym
i w ogóle, żeby miał marnie!
Żeby miał AIDS-a i raka,
oto modlitwa Polaka!

                     
Niedawno udało mi się zachęcić uczniów jednego z liceów do udziału w pozaszkolnych warsztatach. Grupę tę znam od roku. Nie mogę powiedzieć, żebym znał ich dobrze. I nie mam też w pracy z nimi większych sukcesów. Myślę po prostu, że filozofia i refleksja społeczna ich w ogóle lub jeszcze nie interesuje. Ale nie przesądziłem niczego i co jakiś czas zachęcam ich do aktywności.

I właśnie teraz, po roku czasu, udało mi się ich przekonać do wyjścia poza szkołę i zrobienia czegoś, co nie przekłada się na oceny i opinie w szkole. Zaiskrzył w nich jakiś entuzjazm dla warsztatów i zdecydowali się na nie wybrać. W późnych godzinach wieczornych informacja o warsztatach dotarła do ich wychowawczyni, która podniosła alarm i skomentowała całą inicjatywę mniej więcej tymi słowy – nigdzie nie pójdziecie, odwołuję wasze wyjście – pewnie chcecie iść na piwo – jak relacjonowali mi potem uczniowie. Uczniowie się wystraszyli, cześć poszła na warsztaty, cześć nie.

Ich wychowawczyni, specjalista w swojej dziedzinie, ceniona przez grono pedagogiczne i uczniów, nie ceni specjalnie tej grupy i ma o nich wyrobione, pełne nieufności zdanie. Podstawowy zarzut wychowawczyni brzmi: jesteście leniwi i niczym się nie interesujecie. Nie jest ono zupełnie bezpodstawne, bo grupa zdaje się nie świecić wynikami, choć głowy za to nie dam, bo też nie interesują mnie ich oceny z innych przedmiotów.

Wydaje mi się jednak, że pani wychowawczyni przegapiła ważny pedagogicznie moment, bo uczniowie właśnie się czymś zainteresowali i należało ich w tym poprzeć.

Na szczęście nie zrazili się tymi słowy i zamierzają dalej uczestniczyć w zajęciach.

Problematyczne i bardzo polskie w tym przypadku wydaje mi się przywiązanie do patrzenia na ucznia (młodego człowieka) przez pryzmat ocen, które daje się następująco sparafrazować: ‘jak masz słabe oceny to jesteś słabym człowiekiem (czytaj nikim)’. Zastanawiam się, kiedy uda się nam zerwać z tą edukacyjną patologią. Kiedy uda nam się wyewoluować z tego dehumanizującego modelu wychowania.

 

Żółwie w akwarium

październik 16, 2009, piątek

 

Między wolnością a brzegiem akwarium.

Mam chwilę przerwy. Siedzę sobie właśnie na krześle i patrzę na wielkie i wspaniałe akwarium, chyba 200 litrów pojemności. Ma raczej płaski kształt i zapełnione jest wodą na jedną szóstą wysokości. Tylnią ściankę zdobi panoramiczne zdjęcie z widokiem pięknej rafy koralowej. Całość szklanej konstrukcji zamka plastikowa pokrywa z dwoma wąskimi otworami na powietrze, pod którą podwieszona jest jarzeniówka. W środku akwarium brodzą w wodzie cztery różnej wielkości kamienie i końcówka od pompki, która pompuje tlen do wody.

Na największym kamieniu stoją dwa żółwie.

Robią osobliwie wrażenie. Dosłownie stoją na swoich powyginanych nogach wyciągając jednocześnie długie szuje ku górze, jakby chciały zaczerpnąć świeżego powietrza. Wygląda to tak, jakby ich szuje i głowy chciały się wyrwać z ich skorup i wyskoczyć z akwarium. Są przy tym takie niezdarne, nieporadne, wręcz komiczne, a z drugiej strony przerażającego.

To wszystko jest dziwne, bo przecież żółwie mają wspaniałe akwarium.